Showing posts with label stamtąd. Show all posts
Showing posts with label stamtąd. Show all posts

To neřeš!

W rozmowie z Kingą zdefiniowałyśmy środek czeskości.
No, może na wyrost, ale udało się nam dojść do porozumienia, co jest tą cechą, która sprawia, że Polacy na początku Czechy kochają miłością gorliwą, a po przeprowadzce do swojego raju czasem nie umieją się w nim odnaleźć.

Analizujemy. Jesteśmy ekspertami we wszystkim. Wszystko nas porusza. Znamy się na polityce, prawie, globalnej ekonomii, globalnym ociepleniu i niuansach powstania ISIS. Doskonale wiemy, nie ma co być skromnym, jak działa cały świat - rozpracowaliśmy go wieki temu i teraz genetycznie przekazujemy tę wiedzę kolejnym pokoleniom. Siadamy do wódki i za chwilę nie ma końca dyskusjom. Robię to tu w Brnie z Polakami, z Rosjanami, z Ukraińcami - ba, nawet z Hiszpanem.

A z Czechami nie. Czech idzie do hospody po swoją dawkę ukojenia, jak twierdzą dziennikarze wyspecjalizowani w obserwowaniu sąsiada. Jeśli się analizuje politykę, to po to, by powiedzieć, że Zeman znów przekroczył jakąś granicę (ostatnio - śmierć wegetarianom i abstynentom). Wszyscy kradną, ludzie to świnie, o czym tu debatować. Może o hokeju? Zbytnia skłonność do analizowania nie bywa zbyt mile widziana, a jej kwintesencją jest owo "to neřeš". Neřešit, czyli  nie rozwiązywać, nie analizować, nie grzebać się i nie memłać w jakichś meandrach problemu. Diagnozy znamy, wypijmy kielona, żeby piwo lepiej siadło, i do domu.

Słodko? Słodko. Wreszcie koniec wszechwiedzących wujków Zdzichów i poglądów, od których uszy zawiązują się na pętelkę. Pogadajmy o sporcie, o cyckach tej baby, co przeszła chodnikiem albo o tym, co mi wyrosło na ogródku ostatnio. Wreszcie nie masz wrażenia, że niesiesz cały świat na barkach, że narzekanie i krytykanctwo rozpuści cię w morzu piwa.

Gorzko? Gorzko. Mam ogólnie wrażenie, że relacje między ludźmi tu nawiązać trudniej. Obcym się człowiek nie zwierza, nie podejmie próby umówienia się na kawę z samej chęci poznania się bliżej. O problemach jednostek właściwie nie wiesz, jeśli nie wpuszczą cię bardziej do swojego kręgu. A to wpuszczenie odbywa się zauważalnie później niż w Polsce.

Dużo rzeczy odbywa się milcząco, pewne społeczne konwencje po prostu działają i nie poddaje się ich analizie. Mój były, przypadkiem Czech, uważał mnie za buntowniczkę, choć już jakiś czas nie jestem ostentacyjna w swoich miniprotestach. Często nawet nie wiedziałam, które z moich zachowań zasłużyły sobie na łatkę rebelii. Niechęć do analizowania stała się częściowo przyczyną rozpadu relacji, bo trudno grać według reguł częściowo nieznanych (i nieintuicyjnych), a częściowo odrzucanych.
Gdybym się na to poskarżyła współlokatorkom, powiedziałyby: To neřeš, dej si víno.

Sport a sprawa czeska

1. W Czechach nie ma dorosłych niepływających. Jakoś, byle jak, z błędami, pływa każdy. 
Poza mną może, ale żadnego dorosłego niepływającego Czecha nie poznałam i nawet mój instruktor twierdzi, że ludzie tu naprawdę pływają.
Przy okazji szukania szkoły, która nauczy mnie tej trudnej sztuki bez użycia metod typu: wrzucam cię do wody, przejrzałam oferty wielu osób. Dorosłych w moim wielkomieście uczy jedna. I akurat ma czas, żeby to dla mnie robić, więc się uczę.
Nie mam doświadczeń wielu z basenami, byłam jako dzieciak parę razy i się wszyscy chowali w ręczniki. Słynne opowieści o czeskich przebieralniach, gdy na forum gazety panie oburzały się, że jak to tak dzieciom pokazywać, są prawdą. Kto normalny robi wygibasy pod ręcznikiem schowany w kącie, jak się może normalnie (czyt. goło) umyć, wysuszyć i ubrać? Prysznic na basenie, na który chodzę, to rząd 4 "słuchawek" prysznicowych, po drugiej stronie są umywalki. Żadnych stanowisk oddzielonych ścianami czy zasłonkami. 

2. W Czechach nie ma ludzi, którzy nie jeżdżą na łyżwach (nienarciarzy też podobno nie ma, ale nie sprawdzałam osobiście, bo się boję i jestem za biedna na taki wypad). 3-letnie dzieci ładują się na lodowisko z pachołkiem w odblaskowych kolorach i jeżdżą w nieskoordynowany sposób, który wywołuje moją panikę. Lodowiska są duże, dobrze utrzymane i odwiedzane przez wielu ludzi. Zdecydowanie należę do najniższej łyżwiarskiej klasy na typowym brnieńskim lodowisku. Jest ich tu zresztą kilkanaście, tylko większość z nich nie ma wypożyczalni - łyżwy Czesi mają własne. 

3. Ceny. W obu przypadkach, co było dla mnie zaskoczeniem, cena obowiązuje za wejście do areału. W ramach ceny podstawowej (100 Kc = 15 zł za basen, 55 Kc = 8 zł za lodowisko) mogę zostać w danym miejscu tak długo, jak jest otwarte. Moja lekcja pływania to godzina nauki, 20 minut w saunie i 15 w jaccuzi. Wychodzę zrelaksowana, śmierdząca chlorem i bardzo zadowolona.
Na lodowisku interwały między czyszczeniem lodu to 3 godziny i pewnie niektórzy spędzają tam cały ten czas, ale to nie na moją kondycję. Łyżwy wypożyczam za kolejnych 50 Kc, czyli koszt ogólny w obu przypadkach jest niższy niż niejednokrotnie godzina w jakimś polskim aquaparku/ lodowisku.

Przestało mnie dziwić, że tu sport jest popularny i uprawiany przez wszystkie grupy wiekowe i wagowe. Po raz pierwszy w życiu zaczynam go też troszeczkę lubić.

Wykształcenie średnie? Super!

Przy okazji pracy przyjrzałam się czeskiemu szkolnictwu.
Największa różnica to różnorodność oferty: szkolnictwo na poziomie średnim jest dużo bardziej techniczne niż w Polsce. Część zawodów, które w Polsce funkcjonują wyłącznie jako element kształcenia wyższego stopnia, tutaj jest zajęta przez ludzi z wykształceniem średnim. Można na przykład być logistykiem z maturą i spokojnie pracować w swoim kierunku bez konieczności robienia logistycznego magistra. Właściwie to dziwne, gdy pewnymi zawodami zajmują się ludzie z tytułami.
Widać, że szkoły kierują się potrzebą rynku, ponieważ oferta dla absolwentów podstawówek jest bardzo szeroka. Nie jestem pewna, czy mając do wyboru tyle kierunków zdecydowałabym się na liceum ogólnokształcące. W moim mieście z zawodowych był tylko ekonom.
Zapewne przyczyn należy szukać zarówno w tradycyjnym uprzemysłowieniu Czech, jak i długo trwającym wpływie modelu austriackiego.
Pragmatyczne podejście do kształcenia sprawia, że bezrobocie lekko przekracza 7 %, pracę znaleźć łatwo, choć doświadczenie bycia jedynym magistrem w danej jednostce firmy jest dość dziwne.
Jakiś czas temu doczytałam gdzieś, że Czechy są zaskakująco w pierwszej dziesiątce europejskich krajów, które cechuje brain gain, nie brain drain (szukam źródła i nie znajduję). Są też jedynym krajem słowiańskim po tej stronie mocy.

Co można studiować (sic!) w szkole średniej?
Administrację na przykład. Czemu urzędnik od excela i papierów ma być magistrem?

A poza tym (tłumaczenie własne, temu raczej wierne niż piękne)

  • design przemysłowy 
  • automatykę
  • ekonomię i biznes
  • kontrolę żywności
  • operatora systemów drukujących
  • procesy poligraficzne
  • chemię stosowana
  • geodezję
  • turystykę i hotelarstwo
  • zarządzanie handlem

(to tylko wypis, kierunków jest o wiele więcej)

Po wszystkich kierunkach można założyć firmę działającą w określonej profesji. Jednoosobowych działalności gospodarczych jest prawie milion, czyli niemal 10 % czeskiej populacji.

Nasuwa się pytanie, co ze studiami. Bo skoro na poziomie średnim wystarczy, to kto idzie na studia? Przyszli managerowie, handlowcy wyższego szczebla, dyrektorzy. I wszyscy ci, którzy przychodzą i odpadają po roku, dwóch, trzech. Nie znam żadnego Czecha, którzy przestudiowałby pełnych 5 lat bez przerw.
Czeskie studia wyglądają w praktyce trochę inaczej niż polskie, ale o tym innym razem.

Kolejki

Gazeta.pl opublikowała list dotyczący tzw. polskiego chamstwa, które rzekomo ma miejsce w Polskim Busie. Gazeta za wszelką cenę chce być po stronie oburzonego obywatela, dlatego nie zauważyła, że niepotrzebnie stawia nazwę przewoźnika w świetle negatywnych informacji, jakby to samo nie działo się w każdym innym środku transportu zbiorowego. A dzieje się, o czym wie każdy, kto jechał kiedyś pociągiem osobowym, busem prywatnym czy jakimś starym Autosanem na międzymiastowych.

Czesi tak nie mają, co wywołuje w pierwszej chwili szok. Student Agency, firma specjalizująca się w połączeniach międzymiastowych, ma rezerwację miejsc, więc każdy wie, że usiądzie na swoim miejscu. Do pociągów ludzie idą jaką taką kupą, ale bez podstawiania sobie nóg i rąk - ot, kto ma bliżej, ten wskakuje. Natomiast zwykłe autobusy regionalne były dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem (i chwilę mi trwało, nim zrozumiałam, że ten sznurek ludzi to kolejka do wejścia). Otóż gdy przychodzimy na autobus (niezależnie od tego, czy już tam stoi, czy nie), ustawiamy się w ładnym rzędzie za ostatnim z pasażerów. I za nami też ktoś za chwilę stanie. Nie ma bocznych kolejek, kolejek przedeptanych i wepchniętych dzięki małemu rozmiarowi pasażera. Ot, kultura, a przecież milej.

Co dobrego w Czechach?

Wzięłam się za krytykowanie, co chyba przychodzi naturalnie po paru latach spędzonych w jakimś miejscu. Tym razem wspomnę o kilku subiektywnych plusach Brna i życia u naszych południowych sąsiadów.

1. Jest praca. To wprawdzie nie jest zasługa Brna ani Czech jako takich, ale zaproponowano mi dobre warunki w fajnej firmie w pracy, która nie polega na odbieraniu telefonów, jak wiele innych w morawskiej metropolii. Brno ma wielu polskich pracowników, którzy spędzają 8 godzin dziennie na help desku dla całej Europy. Bałam się trochę, że też tak będę pracować, zwłaszcza że korpo mają duży pakiet benefitów, ale pierwszy strzał się udał i jestem w logistyce. Jest to dla mnie debiut na etacie, na który w Polsce nie miałabym szans (freelancing też nie jest najgorszy, ale nie było mnie na nim stać na opłacenie ubezpieczenia).

2. Istnienie hospód przy dworcach kolejowych. Czeskie koleje są generalnie szybsze i mniej awaryjne od polskich. Znajomi Czesi uparcie nazywają nasze składy "retro" pociągami (te reprezentacyjne, które jeżdżą z Kłodzka do Pardubic, achjo...). Czasem jednak zdarza się, że pociąg nieszczęśliwie ucieknie, bo na przykład kolejny etap podróży miał być EC, które nie czeka na spóźnialskie osobáky (w Czechach płaci się za kilometr, nie za klasę pociągu). Można wtedy pójść na małe piwo, wyjść z nim przed hospodę i podziwiać widoki. Raz w Lichkovie nieoczekiwanie spędziłam niemal 2 godziny w pełnym słońcu i pełnym kostiumie tłumaczki konferencyjnej (nigdy więcej nie ruszę w podróż bez zapasowych normalnych ubrań!). W zakurzonych czółenkach sączyłam lokalny specjał, kiedy dosiadł się do mnie starszy pan, który następnie umilił mi kolejny etap podróży swoimi odważnymi opowieściami z młodości i starości :-)

3. Brnieńska specjalność - kawiarnie. Pyszna kawa na milion sposobów w cenie, która nie zabija (w przeliczeniu 5-7 zł za filiżankę). Obowiązkowo dodaje się do niej szklankę wody, bez której już nie wyobrażam sobie życia. Dostępność do wody w ogóle jest jedną z lepszych cech Czech - w wielu miejscach woda z kranu jest za darmo, wystarczy poprosić. Woda w kranie jest generalnie pitna (jeśli nie - są znaki o tym mówiące).

4. MHD czyli komunikacja publiczna. Mój tramwaj jeździ co 5 minut. Linia północ-południe co 2-3. W weekendy interwały są straszne, tramwaje jeżdżą co 10 minut. Bardzo rozleniwiajace. Pociągi jeżdżą często, autobusy jeżdżą często, a Student Agency to mój ulubiony przewoźnik międzymiastowy. Tu ogroooomny plus.

A co lubicie w Czechach Wy?

Weg w Brnie

Na pierwszy ogień Kupe. Restauracja specjalizująca się w kuchni arabskiej, stąd obecność falafli, pieczonych bakłażanów, czosnku, oliwy i mnóstwa mieszanek węglowodanowych. Z przypraw obowiązkowa kolendra.

Dla fanów tradycyjnego jedzenia: Vegalite. Kotlet (bezmięsny), ziemniaki/ frytki/ ryż/ sałatka ziemniaczana i coś zielonego. Do tego obowiązkowa zupa i woda w nieograniczonej ilości.
Ciekawą propozycją jest niedawno otwarte Junk Food Cafe - specjalizujące się w burgerach i pizzach miejsce, w którym można się też napić piwa.

Fani kuchni indyjskiej z zacięciem na wschodnią duchowość na pewno docenią Avatar i Haribol. Porządnie doprawione jedzenie (czasem aż za bardzo), porcje typowo czeskie - bez szans na dokończenie talerza, o ile ktoś naprawdę nie jest głodny. Haribol lubię bardziej, bo z wegańskich opcji zawsze wychodzi pełen zestaw (zupa, drugie, surówka, pieczywo i deser). W Avatarze deseru nigdy nie dostanę, zupy w ogóle nie mają, więc zostaję najczęściej przy węglowodanach i sosie/ kotlecie do nich + surówce w nieograniczonej ilości.

Trzymasz się za portfel jak autorka tego wpisu? Stołówkowa jakość i ceny, ale 100 % roślinnie - zupa za 2 złote i drugie danie za 4-5 tylko w Oazie. Zaletą jedzenia stamtąd jest to, że jest ciepłe. Wadą ilość półproduktów sojowych używanych w kuchni i brak świeżych warzyw. Je się na stojąco.

Brno ma też restaurację raw food - Kiwi oraz kilka kawiarni z wegańskimi ciastkami i mlekiem roślinnym do kawy, moją ulubioną jest Tukaloka.

Problemem w Brnie jest niedziela. W ciągu tygodnia wszystkie wyżej wymienione opcje są dostępne w dobrych godzinach. W sobotę bywa gorzej, ale da się znaleźć otwarte miejsce. W niedzielę zostaje tylko najdroższe miejsce ze źle oznaczonymi daniami (trzeba mocno główkować, by znaleźć opcję wegańską, 85 % to dania wegetariańskie), bistro Rebio, w którym płaci się za wagę jedzenia. Typowa porcja, mniejsza niż w wyżej wymienionych miejscach, jest wyraźnie droższa - 120-140 koron za niepełny talerz to dla mnie za dużo.

Podsumowując, oferta jest szersza niż we Wrocławiu. Podoba mi się, że w Brnie można wybierać między różnymi smakami kuchni. Nie podoba mi się nieobecność surówek, jest to po prostu element nieznany w czeskiej kuchni. Problem niedzieli rozwiązuje częściowo jedyna pizzeria dowożąca wegańską pizzę do domu. Pewnym problemem jest to, że wszystkie te miejsca, choć blisko centrum, nie znajdują się jednak w obrębie samego starego miasta (poza drogim Rebio), zatem jeśli się blisko nich nie mieszka lub pracuje, dostęp jest utrudniony. Żadna z tych restauracji nie dowozi jedzenia do miejsca, w którym pracuję.

O palaczach rok później

Rok temu mocno narzekałam na palaczy.

Wówczas jedynie wydawało mi się, że ludzie na ulicach palą więcej, okazuje się jednak, że Czesi naprawdę palą najwięcej w UE. Mają najniższy średni wiek pierwszego papierosa (9 lat!!! - a ja głupia miałam 16...), i 25 % palaczy w społeczeństwie. Pali się naprawdę wszędzie, np. w przejściach podziemnych, nawet w galeriach handlowych (na własne oczy widziałam!).
Ale też nie ma co się dziwić - tytoń jest łatwo dostępny, w niemal każdej herbaciarni można zapalić fajkę wodną, a prezydent kraju twierdzi, że palacze zaczynający po 27. r.ż. nie zachorują na raka płuc. O samym nowotworze płuc nie mówi się jeszcze w kategoriach alarmu chyba tylko dlatego, że wciąż jest na drugim miejscu za rakiem jelita grubego (witaj, wspaniałe czeskie jedzenie). Liczba zachorowań rośnie jednak nieubłaganie, a wielki skok dotyczy zwłaszcza kobiet.
Młodzi ludzie palą niesamowite ilości, choć znam kilku niepalaczy, ale ci mają powód - uprawiają sport. Nie ma medialnych kampanii mówiących o zwiększonym ryzyku utraty zdrowia. Nie wiem, jak dziewczyny godzą palenie z tabletkami antykoncepcyjnymi, ale tym tematem też mało kto się przejmuje. Kiedy opublikowano propozycję zakazania palenia w miejscach publicznych (zwłaszcza restauracjach), komentarze były niemal bezwyjątkowo negatywne. Argumentacja przebiegała na linii: to znów komunizm, odbieranie wolności obywateli, zwariowali w tej unii doszczętnie. Mam cichą nadzieję, że mimo to decydenci nie dadzą się skorumpować przez lobby tytoniowe i tę ustawę przegłosują. Jeśli się uda, od 2016 roku przestanę musieć prać wszystkie ubrania po każdej wizycie w knajpie.

Dziewczynko, roznieć ogieniek

Mam szczęście z dostępem do czeskich nowości wychodzących w Polsce.

Właśnie skończyłam czytać książkę Dziewczynko, roznieć ogienek w znakomitym tłumaczeniu Doroty Dobrew. Autorem jest technik ze szpitala w Odrach, Martin Smaus, a książkę napisał po godzinach pracy. Dowiedzieliśmy się o niej dzięki konkursowi literackiemu czeskiego Klubu książki, który zaprasza niepublikowanych dotąd autorów do podzielenia się tekstami ze swych szuflad. I tak, znalazłszy się między stoma innymi prawiepisarzami, Smaus podobno jednomyślnie wygrał konkurs.
Sama powieść koncentruje się na jednym cygańskim chłopcu, Andrejku. Kilka lat temu w konkursie bohemistycznym tekstem do przekładu był właśnie fragment tej książki.
Szkoda mi Andrejka. Nie miał biedak szczęścia, bo chcąc być lepszym od swoich pobratymców, nadal wobec prawa pozostawał przestępcą. Właściwie nie było mu dane - w powieści - dostosować się do jakiejkolwiek lokalnej społeczności. Wszystko robił po swojemu, najczęściej całkiem odwrotnie niż inni. Lepiej na tym nie wyszedł, ale czy gorzej? Kiedy tak spojrzeć na obraz Romów w Ostrawie czy Pilznie albo Słowaków na wschodzie Słowacji, trudno właściwie powiedzieć, że ktokolwiek tu wygrał. Sposobów na życie jest mnóstwo, ale optymistycznych losów u Smausa raczej czytelnik nie znajdzie. 
Lubię Andrejka. Chłopak naprawdę się stara, uparty jest porządnie. Wiecznie podróżuje, pielgrzymuje od słowackiej Polany do browarniczego Pilzna. Zaczyna go nosić - i jedzie. Po tym względem doskonale go rozumiem.
Język powieści wciąga, naśladuje rytmy muzyczne. Akcja rozwija się powoli, kołobieg życia zatacza kolejne kręgi, a my poruszamy się śladem bohatera po mapie Czechsłowacji. Jeśli to zdanie było pseudopoetyckie, to tylko efekt wrażenia po lekturze.
Z czystym sumieniem polecam.
Niektórzy Czesi w recenzjach proponowali wciągnięcie tej książki na listę szkolnych lektur. W świetle tej ogromnej niechęci do Romów, jaką tu widzę, myślę, że to świetny początek dialogu o tym, kim właściwie są ci ciemnoskórzy sąsiedzi. Tutejsi, brnieńscy Romowie między sobą mówią po czesku. To już różnica w stosunku do polskich grup, które mówią w romani.

Przy okazji, zupełnie poza książką. Dolnoślązacy mieli okazję zapoznać się z billboardami dotyczącymi społecznej akcji Jedni z wielu. W moim mieście wisiała twarz górnika i nauczycielki, którą zresztą kojarzę z widzenia. Czesi rozpoczęli świetną akcję, którą poznałam dzięki naklejkom na ścianach (niech żyje oddolna reklama). Czeska kampania korzysta z dwuznaczności niektórych sformułowań, np:
Zase Cikánka s tuctem děti. (Znów Cyganka z gromadką dzieci)
Cikán mi vybílil byt. (Cygan mi wybielił mieszkanie = wykradł)
Cikán mě dostal do špitálu. (Przez Cygana jestem w szpitalu)

I mniejszą czcionką wyjaśnienia: 
Po prostu najpopularniejsza nauczycielka w szkole.
Po prostu najlepszy malarz.
Po prostu najzręczniejszy kierowca karetki.
Więcej na mypracujeme.cz

Kącik melomana - jak poznać punka?

Na fali nowej książki Rudiša "Koniec punku w Helsinkach" przypomniała mi się czeska klasyka punkowa, czyli kapelka Visací zámek i piosenka Známka punku. Jak poznać punka? Na pewno nie po tym, co próbują zrobić - dziś powiedzielibyśmy - kinderpunki z teledysku. A samą książkę szczerze polecam!


Mieszkanie po czesku - współlokatorzy widmo

Założę się, że ten tytuł brzmi dziwnie tylko dla osób, które nigdy nie mieszkały w Czechach.
Serio - w Polsce JEST inaczej. Może dlatego, że większość studentów musi przejechać długą drogę, nim dostanie się do akademika czy swojego pokoju i szybko dają sobie spokój z nudnymi wieczorami u rodziców na rzecz ekscytującej przygody w Słoikowie Większym lub Mniejszym. Dla większości ze znanych mi ludzi studia oznaczały zmianę miejsca zamieszkania, zatem poszukiwanie szans na rozwój w nowym miejscu - pracy, kursów, szkół językowych etc. Może dlatego, że tu 100 km to duża odległość, a tych ponad 200 do Pragi wystarczy, by uważać Prażaków za inny naród z innym językiem.
Fakt jest taki: studenci znikają podczas weekendu z miasta, wracają dopiero niedzielnym popołudniem lub w poniedziałek rano. Osobiście znam studentów 5. roku, którzy pracują dorywczo w miejscu pochodzenia, mimo że równie zabawną pracę (typu: nalewanie piwa podczas meczów) mogą z powodzeniem znaleźć w 400-tysięcznej metropolii.
Po akademikach hula wiatr, zostają tylko cudzoziemcy - w tym część Słowaków, który organizują najlepsze imprezy weekendowe.
Podobnie jest u mnie, w zwykłym mieszkaniu - współlokator z lewej jeździ do domu najrzadziej raz na 10 dni. Ci z prawej są już dorośli i po studiach, więc za często nie wyjeżdżają (za to uprawiają sporo sportu - to też chyba typowe dla młodych Czechów).
Natomiast kontakt z nimi jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie mnie spotkały. Nie jestem niestety lwem salonowym, żebym się zaprzyjaźniała z przypadkowymi ludźmi, ale po raz pierwszy mieszkam z ludźmi, o których nie wiem nic: ile mają lat, co robią, skąd są, co lubią itd. Omijamy się maksymalnie, byle tylko nie trafić na ten sam moment w kuchni. Wszyscy milcząco akceptują porządek sprzątania, każdy ma swoje "zwyczajowe" pory pewnych czynności i po prostu nie wchodzimy sobie w drogę. Czworo dorosłych ludzi. :-) We Wrocławiu drzewiej więcej wiedziałam o tych współlokatorach, których nie cierpiałam.
Kazik mógłby napisać czeską wersję "můj dům, moje pevnost".

Funkcje w terenie

Nie wiedzieć czemu, pojęcie funkcjonalizmu w architekturze nie kojarzy mi się z niczym dobrym. Od razu widzę komunistyczne domkoklocki i paskudne biurowce-halowce. W Polsce gdzieniegdzie się nie udało, nie mam informacji o tym, czy gdzieś się udało, ale Morawy przeżyły swój funkcjonalistyczny wyskok.
Villa Tugendhat to jeden z zabytków znanych poza granicami Brna dzięki wpisaniu na listę Unesco. Czołowy modernistyczny projekt można znaleźć w Wikipedii, za to funkcjonalistyczna ścieżka może objąć jeszcze przynajmniej dwa obiekty.
Zachęcona przez lektorkę wybrałam się jesienią na cmentarz. Znalazłam Janáčka, to znaczy płytę kamienną leżącą na kompozytorze, i krematorium. Nie jest niestety tak zachwycające, jak krematorium w Pardubicach (to właśnie ono było tłem wydarzeń z filmu Palacz zwłok), ale nie wygląda źle.
Perełka brnieńskiego funkcjonalizmu w pełnej krasie:



Nie trzeba jednak uciekać się do spraw ostatecznych, by funkcjonalizm pomógł w funkcjonowaniu (o ile po śmierci można używać takich pojęć).
Legendarna, jak się okazuje, tutejsza kawiarnia to zrealizowany i działający projekt architektoniczny w spokojnej dzielnicy Černá pole. Kawę mają świetną, herbaty imbirowej nie polecam.

 
(źródła: Wikipedia, bam.brno.cz)

Lekarnofobie

Jak każdy cudzoziemiec wybieram raczej supermarkety, bo mimo że mówię po czesku nieźle, jakiś irracjonalny strach przez wyspecjalizowanymi miejscami pozostał. Na mojej liście top 10 pierwsze miejsce zajmują zdecydowanie apteki. Kilka lat temu w Ostrawie musiałam na już zakupić no-spę, jakkolwiek się tam po czesku nazywa. Zapomnijcie. Wprawdzie jest, ale tylko na receptę. Poszukiwanie jakiegoś leku na ten specyficzny ból skończyło się zakupem ibuprofenu. Niech będzie. :-)
Moja apteczka zawiera więc polską no-spę i jakiś stary listek rzeczonego ibuprofenu. Czasem to jednak nie wystarczy, zdarza się, że z nosa cieknie, gardło odmówiło współpracy i ogólnie tylko posiekać się i położyć do łóżka. W takich przypadkach polskie media znają odpowiedź: forte, maxi i wielokrotnie skumulowane dawki najlepszych połączeń na bóle stawów, mięśni, głowy, gardła, ucha, nosa i czego jeszcze mamy na wyciągnięcie ręki. W każdym supermarkecie da radę uzupełnić przy kasie apteczkę o jakieś małe opakowanie gripeksu. Gdy w podobnym celu wybrałam się przedwczoraj do Alberta, nie znalazłam ani pół pastylki do ssania. Wygląda na to, że w ogóle nie ma leków dopuszczonych do pozaaptecznego obrotu poza jakimiś dwupastylkowymi paracetamolami (do kupienia w kiosku). Więc apteka. Dukam do tej sterylnej pani: neco proti bolesti v krku. Pyta, co za ból - no kurczę, jak mam jej powiedzieć, że po prostu boli. Czy drapie, skrzeczy, boli miejscowo, migdałek, całość: tu najbardziej wychodzi niekompetencja językowa. 30 rodzajów ziołowych pastylek, a każda na inne schorzenie. Gdyby ktoś bardzo nie chciał przez to przechodzić, powiedzcie w aptece:
"Prosím Mullerovy pastilky se šalvěji a vítaminem C". Powinno wystarczyć. Na pytanie, czy mogę poprosić coś na gorączkę, przeziębienie i te wszystkie bóle mu towarzyszące, dostałam najzwyklejszy panadol.
I może to lepiej, że bez tej reklamowej ściemy. Za ten sam paracetamol w kolorowym opakowaniu zapłaciłabym w PL więcej niż 3 zł za 12 tabletek.

Mieszkanie po czesku - level hard

Kiedyś przychodzi ten dzień, kiedy opuszcza się progi złodziejskiego akademika (w Brnie za pokój dwuosobowy życzono sobie 3600 koron + 50 koron za komputer w pokoju + 130 koron za internet + 30 koron za każde pranie - łącznie wychodziło ok. 4000 koron za wątpliwej przyjemności przygodę ze współlokatorką i jedną kuchnią na piętrze). Dla porównania w Ostrawie koszt wynajmu dwuosobowego pokoju wynosił 1600 koron.
Znalazłam tani pokoik na końcu świata. Pierwsze zaskoczenie: właścicielka pojawia się, by podpisać umowę, wręczam kaucję, umowę spisujemy, czytamy, dyskutujemy poszczególne punkty i okazuje się, że będzie odprowadzać za mnie podatek. Jupi, pierwszy raz w ciągu 7 lat tułaczki po różnych miejscach. 
Drugie zaskoczenie: do mojego wysokiego bloku prowadzi troje drzwi. Jedne od piwnicy, dwoje od frontu. Sęk w tym, że domofon otwiera tylko jedne z tej trójki - i to właśnie te, którymi dostać do środka się nie da. Gość musi poczekać w przedsionku ze skrzynkami na listy aż ktoś zejdzie i otworzy mu drzwi na dole. Poczta, pizza, zakupy na telefon, cokolwiek i ktokolwiek - ma-sa-kra. Mieszkam na 11. piętrze, winda dojeżdża do 10., więc wycieczka za gościem trwa niezłą chwilę.

A, właśnie - skrzynki na listy. Kiedy zakładałam konto w banku, kurier przybiegł do mnie na górę (po wielu perypetiach). Na szczęście był tak miły, że wspomniał, że jeśli nie nakleję swojego nazwiska na skrzynkę pocztową, to karta do mojego konta nie przyjdzie, bo listonosz nie wrzuci koperty tylko na podstawie numeru mieszkania. 
Z nazwiskami wiąże się kolejna sprawa: domofony. Przyciski nie występują w kolejności mieszkań, tylko losowo. Żeby wiedzieć, dokąd zadzwonić, trzeba znać nazwisko na domofonie - u nas jest to właściciel, ale widziałam już nazwiska wszystkich lokatorów łamane kreską. Kiedy skarżyłam się na to znajomemu, twierdząc, że u nas jest prościej: numer wystarczy, żeby się zorientować do kogo i gdzie, stwierdził, że czeski system jest dużo lepszy, bo nie pozwala złodziejowi się zorientować, które mieszkanie zajmuje jego obiekt.
Nie przekonał mnie. Samo to, że nazwisko daje sporo informacji o osobie. Nasze skrzynki pocztowe wyglądają jak odbicie sytuacji społecznej dzielnicy: nazwiska rodzinne (Novakovi), nazwiska singli (Novak), nazwiska czworga współlokatorów - jak u mnie. Zupełnie niechcący dowiedziałam się, że ten inżynier z 10. piętra (bo nawet tytuł miał na wizytówce!) rozstał się ze swoją dziewczyną, gdy piękną graficzną wizytówkę zastąpił pasek taśmy klejącej z ręcznie napisanym pojedynczym już nazwiskiem. A ja po prostu mijam czasem jego drzwi...

Ostatnia ciekawostka - nigdy w Polsce nie widziałam w akcji materiału zwanego umakartem. Jest to tworzywo sztuczne w kolorze ciemnego drzewa, z którego masowo robiono w Czechach łazienki i toalety. Efekt piorunujący, wrażenie wchodzenia do szafy na siku gratis. Poglądowe fotki wrzucam z internetu - nasza na szczęście wygląda czyściej :-)


źródła: blesk.cz, svet-bydleni.cz

Donšajni - bajeczka na dobranoc

Po czeskiej stronie tak samo, jak u nas. Państwowe fundusze dostają bądź znajomi rozdających, bądź znane nazwiska. Podejrzewam, że właśnie tak zadziałało przyznanie wsparcia na nowy film Jirego Menzla, jako że niełatwo jest autorytetowi rzec, że król jest nagi, a scenariusz co najmniej słaby. Nie znam twórczości tego pana poza dwoma ekranizacjami Hrabala. Czeskie recenzje stwierdzają, że to właśnie brak podpory w pisarzu, który poradziłby sobie z fabułą, stanowi poważny problem Donšajnów. Bo że Menzel dobrym scenarzystą nie jest, dowiadujemy się bardzo szybko. 
Inny czeski zarzut w stronę filmu powtarza problem starzenia się reżyserów, którzy w pewnym momencie swoją zawoalowaną autobiografią chcą się rozliczyć ze światem, co może interesuje pięciu ich znajomych i byłe kochanki, ale niekoniecznie wystarczy do zadowolenia widza. 

Tytułowi donšajni to czeska wersja naszych polskich donżuanów, panów pojawiających się i znikających z pierwszym powiewem nudy w długich, kilkutygodniowych relacjach. Fabułę obrazu można by streścić do dwóch opowieści: o reżyserze operowym, który twierdzi, że nie przepada za operą, ale kocha sopranistki (więc wszystkie panie z filmu trafiają do jego łóżka i pod jego prysznic), oraz o amatorskiej nauczycielce śpiewu, która kiedyś dawno z jednym donšajnem zaszła w ciążę, a dziś zajmuje się amatorskim sprawianiem cudów w lokalnej społeczności. Historyjki podane są lekko, z uśmiechem i całkowitym pominięciem realiów; cztery pokolenia samotnych matek doskonale sobie radzą z rzeczywistością, donšajn po latach wraca do Czech i postanawia ożenić się z dawną miłością... Można by tak dalej. Niestety, to za mało na obraz pełnometrażowy. Kwestie są często drewniane, a uparte dopowiadanie żartów przez bohaterów przywodzi widza do stanu: tak słabe, że aż śmieszne. Jeszcze element najważniejszy - przecież tak długi film wymaga wypełnienia - a tym są próby do wystawienia opery Don Giovanni, szczególnie ważnej dla Czechów (jako że swoją premierę miała w Pradze, gdy Mozart stwierdził, że tylko Czesi świetnie rozumieją jego muzykę). Przepychanki między śpiewakami, świetna muzyka i śpiew pomogły mi - chętnie chodzącej do opery - przetrwać inaczej dość męczący seans. Takiej dawki naiwności nie powstydziłby się żaden ze słabych filmów dla dzieci.

I tylko na zupełne zakończenie: jeśli Donšajni wejdą do polskich kin, mają większe szanse na sukces niż w Czechach, tak jak to się stało z ostatnim filmem Hrebejka - Święta czwórca. Co dla nas jest egzotyczne (opera w małym miasteczku czy bezpretensjonalne sceny z życia seksualnego reżysera), to w Czechach, w zalewie ostatnio nie najlepszych filmów, zupełnie nie ma szans się przebić. Jest to jednak pewna różnica poziomów, gdy w Polsce słabe kino polega na filmowaniu wyjazdów integracyjnych z dużą ilością alkoholu i rzygania, a w Czechach toczy się wokół opery. 
A na tego Don Giovanniego w końcu muszę się kiedyś wybrać. 

Cukrowniczo

Informacje o cenach cukru w Polsce mnie zdumiewają.
Przed chwilą w Pennym widziałam kilogram za 17 kč czyli równowartość 2,5 zł. I tak nie kupuję, więc różnica dla mnie żadna. :)
Oto, co robi spekulacja i oto, jak działa granica państwa.

Czasem nie jest

Dziś czuję się jak ofiara.
W trakcie krótkiej, 15-minutowej drogi na uczelnię, zostałam czterokrotnie zaczepiona o pieniądze, raz skończyło się wiązanką przekleństw za mną. Człowiek wychodzący z trolejbusu próbował podejść moją torebkę, która nie ma całościowego zamka, a tylko zaczep (więc zawsze mocno trzymam ją przy sobie), przeszedłszy bardzo blisko mnie chuchnął porządnie mi w nos. Całkiem z premedytacją. Cholera wie, czy chodziło o przestraszenie, o machnięcie ręką i puszczenie torebki czy przekazanie świńskiej grypy. W każdym razie sama nie oddycham nosem przez grypę, więc z poczuciem bycia ofiarą dojechałam do siebie.
Gdy czuję się jak ofiara, wszyscy czują mój strach, nie mam wątpliwości. Wyglądam jak łatwy cel, w dodatku zwykle uśmiechnięty - więc mogą mieć nadzieję na skłonienie mnie do podzielenia się pieniędzmi. Mnie wszystkie osoby podchodzące od razu stresują. Gdy jestem zaskoczona, gorzej rozumiem, co się do mnie mówi, muszę się zatrzymać, poprosić o powtórzenie. Innymi słowy - wpisuję się w ramy łatwej zdobyczy.

Gdy się nie bałam, nikt mnie nie zaczepiał. Przez lata samotnego chodzenia nocą po miastach nie próbowano się do mnie dostawiać w tak nachalny i nieprzyjemny sposób jak tu. I boję się, że będzie podobnie, skoro ten strach już się pojawił, skoro sama czuję się niepewnie.

Może poszukam jakichś zajęć z samoobrony na poprawienie pewności siebie. Widząc, ile w południe kręci się w centrum ludzi, z którymi nie mam ochoty się nigdy spotykać, od razu włączam ramę zagrożenia. Pod tym względem nie jest tu dobrze.

Przez granicę

Skuteczny przejazd przez granicę to nie lada sztuka. Przygraniczne miejscowości, oddzielone często kilkoma kilometrami, nie mają żadnego transportu łączącego dwa kraje. Bezpośredni przejazd, o ile nie jedziemy do Pardubic wrocławskim TLK, to najczęściej EuroCity, czyli nic na kieszeń studenta, a i przeciętnego zjadacza chleba. Istnieje, co ciekawe, kilka zaskakujących opcji przedostawania się tam i z powrotem, a wymienię je na przykładzie trójkąta, po którym najczęściej się poruszam: Ostrava - Wrocław - Katowice.

1. Dawno temu wspomniany czeski pociąg w Głuchołazach. Miejscowości, do której dojazd też nie zachwyca, ale przesiadka z Wrocławia w najlepszym wypadku jest jedna - w Nysie. Wsiadamy i w zależności od kierunku dojedziemy albo do Jesenika, albo do Ostrawy. Voila.

2. Osobowe relacje Bohumin-Wrocław, Bohumin-Kraków. Czemu Bohumin a nie Ostrava - nie wiem. 8 km różnicy robi różnicę, dodatkowa przesiadka na trasie. Wady - jadą raz dziennie o dziwnych godzinach. No dobrze, do Wrocławia o 8.40 nie jest tak źle.

Teraz hardkor:
3. Pociąg do Czeskiego Cieszyna, z polskiego bus do Katowic. Pozornie tylko brzmi akceptowalnie - minimum półgodzinny marsz między miastami, choć na szczęście po terenie zabudowanym. Czas podróży: 40 min + 30 min + 2h

4. Jeszcze ciekawsza opcja, jej sprawdzenie przede mną - autobus do tzw. Starego Bohumina, stacja końcowa przy moście granicznym, stamtąd kilometr na stację w Chałupkach i można jechać do dowolnego śląskiego miasta. Wady - podróż z Ostravy do Bohumina autobusem to 40 minut zamiast pociągowych 10. Podróż pociągiem zaś kończy się w centrum miasta, z którego do Chałupek jeszcze 5 km. Czas całej podróży rośnie i rośnie - do odległych o 90 km Katowic dojeżdża się w, bagatela, 3 godziny + przejście pomiędzy miejscowościami.

Przesiadki czyhają na podróżnego, z bagażem jest naprawdę wesoło. Pociągi uciekają, spóźniają się, psują, nie grzeją. Planowanie przypomina grę strategiczną: czy jechać tą opcją, która daje 5 minut na przesiadkę (a potem pociąg za 6 godzin), czy lepiej tą inną - a trasy się rozmijają, więc decyzja raz podjęta jest nieodwracalna.
Dziś okazało się, że czyha na podróżnego też internetowy rozkład jazdy - tam gdzie czeski widzi czas na przesiadkę, polski mówi, że od trzech minut pociąg, do którego powinnam się przesiąść, jedzie.
Bez 20-minutowego zapasu czasowego nigdzie się nie ruszam.

Tydzień w

Drodzy wrocławianie, Ostrawa też nie jest doskonała. na przykład dziś trolejbus spóźnił się całe 3 minuty, wywołując tym oburzenie pasażerów stojących na przystanku!

---


Pytanie tygodnia (i są na to świadkowie!) brzmi: Jste Slovenka? Szybko się okazało, że Słowacy, w przeciwieństwie do Polaków, mówią po czesku (bądź starają się - mają w końcu kontakt z tym językiem od dziecka), czasem jednak w ich mowie pobrzękuje obca intonacja. A że Polacy, przyjeżdżający tu na erasmusa, nie uważają za stosowne się kilku słów nauczyć, wychodząc z założenia, że w Ostrawie każdy ich zrozumie, obce pobrzęki w mojej wymowie brano za słowackie. :) W każdym razie portierów w akademiku mam obłaskawionych od wejścia, co jest wyczynem niezłej rangi.

---

Uczę i jestem uczona, do tego drugiego jestem przygotowana lepiej, ale odczuwam sporą radość ze swoich zajęć, wyzwanie. Jeszcze żeby się ładna pogoda zrobiła, ach!

Praha

Gdyby chcieć określić stolicę Czech jakimś epitetem na wzór polskich haseł reklamowych, z pewnością byłoby to:

Praha - miasto turystów

Niewiele w życiu widziałam, nie wyjeżdżałam do metropolii współczesnego świata, ale Praga wystarczy mi za wszystkie. Niemożność przejścia przez to piękne, historyczne miasto co najmniej irytuje, a tłum na Moście Karola sprawiał, że marzyłam o wiosce w środku puszczy.

Przy wycieczce (nie pierwszej i nie ostatniej, choć postuluję zwiedzanie o 4 rano) pojawiały się spostrzeżenia. O oczywistościach, zabytkach i Franzu Kafce nie zamierzam tu pisać, na stronach turystycznych można znaleźć tyle informacji, ile każdemu potrzeba.

Natomiast przypomniało mi się, że wielu Polaków utożsamia Pragę z Czechami w ogóle. Dość ciekawy jest fakt, że ponad 10% Czechów mieszka w swojej stolicy, ale obszar Republiki nie kończy się na mieście nr 1. Gdy mieszkałam w Ostrawie bądź teraz, gdy znów się do niej wybieram, wielu ludzi (znajomych i nieznajomych) wypytywało mnie, jak tam w tej Pradze jest; czy Praga mi się podoba; czy chciałabym tam w Pradze zostać na dłużej. Tłumaczenia nie pomagały na długo, więc już macham ręką.

Zaś ta kategoria rozmów, które określa się zwykle piwną filozofią, dotyczyła trudnych historycznych tematów przy zachwycie nad miastem. Nietrudno się nad Wełtawą zamyślić nad tym, jaka by była Warszawa, gdyby Polacy nie walczyli tak zaciekle z okupantami. Co lepsze, co ważniejsze: opór i walka czy życie ludzi i istnienie miast? Zwolenników obu opcji jest wielu, a debata należy do nierozstrzygalnych (na szczęście, moim zdaniem), choć rozpala dyskutantów.

Mimo że Polaków za granicą (w granicach często też) nie lubię, miło było widzieć zbiorowy zachwyt i brak całkiem niedawnego lekceważenia "Pepików".

Notka zwięzła, bo zachwytu nie umiem zwerbalizować, i nie przeszkadza mu nawet to, że pustą starówkę mogę pooglądać jedynie na rysunkach miejscowych artystów.

Wspomnieć jedynie muszę o Davidzie Černým, którego rzeźby i instalacje ozdabiają stolicę. Poczytać można tu: Wkurzacz czeski, a pokazać chcę szczególnie jedno - instalację na wieży telewizyjnej, przy której mieszkałam przez tych kilka dni:

źródło

Jezus Christ Superstar

Dziś, po wielu poszukiwaniach upewnionam, w Ostravie, w Domě kultury města Ostrava.
Legendarny musical Andrew Lloyda Webbera z 1971 r.

Gdy pierwszy raz przyszedł do mnie w postaci płyt CD z muzyką, byłam urzeczona. Nie widziałam go dotąd ani w formie filmu, ani żadnej inscenizacji. Dziś posłucham czeskiej wersji językowej popartej grą aktorów Městského divadla z Brna, o której tak piszą na stronie www.dkmoas.cz:

Nastudování Městským divadlem Brno je divadelními kritiky označováno jako jedno z nejlepších.


Nie mogę się doczekać!