Showing posts with label kultura. Show all posts
Showing posts with label kultura. Show all posts

Funkcje w terenie

Nie wiedzieć czemu, pojęcie funkcjonalizmu w architekturze nie kojarzy mi się z niczym dobrym. Od razu widzę komunistyczne domkoklocki i paskudne biurowce-halowce. W Polsce gdzieniegdzie się nie udało, nie mam informacji o tym, czy gdzieś się udało, ale Morawy przeżyły swój funkcjonalistyczny wyskok.
Villa Tugendhat to jeden z zabytków znanych poza granicami Brna dzięki wpisaniu na listę Unesco. Czołowy modernistyczny projekt można znaleźć w Wikipedii, za to funkcjonalistyczna ścieżka może objąć jeszcze przynajmniej dwa obiekty.
Zachęcona przez lektorkę wybrałam się jesienią na cmentarz. Znalazłam Janáčka, to znaczy płytę kamienną leżącą na kompozytorze, i krematorium. Nie jest niestety tak zachwycające, jak krematorium w Pardubicach (to właśnie ono było tłem wydarzeń z filmu Palacz zwłok), ale nie wygląda źle.
Perełka brnieńskiego funkcjonalizmu w pełnej krasie:



Nie trzeba jednak uciekać się do spraw ostatecznych, by funkcjonalizm pomógł w funkcjonowaniu (o ile po śmierci można używać takich pojęć).
Legendarna, jak się okazuje, tutejsza kawiarnia to zrealizowany i działający projekt architektoniczny w spokojnej dzielnicy Černá pole. Kawę mają świetną, herbaty imbirowej nie polecam.

 
(źródła: Wikipedia, bam.brno.cz)

Kącik melomana - kawa i papieros

Kiedy myślę o Radůzie, od razu przychodzi mi na myśl zadymiony bar. Nie pytajcie czemu, może to ten akordeon albo zachrypnięty głos. Co ciekawe, piosenkarka czasem wtrąca do tekstów zdania w obcych językach - tak też jest w papierosach, do których niżej linkuję. W przeciwieństwie do moich ulubionych kapel uprawiających ogólny rozgardiasz, na Radůzie można się pouczyć języka czy ponucić do sobotniego sprzątania (które wszyscy tak kochamy). Przy tych zimnych nóżkach z pierwszego kawałka zawsze mam ochotę zaparzyć sobie szatana. Gdyby tak artystka napisała cykl o kawie, postawiłabym go obok trylogii Larssona i opatrzyła etykietką: "zestaw trzyminutowego zawałowca".



Papierosy

Kącik melomana - jesienna depresja

Czemu z czeskiej muzyki znamy tylko Nohavicę i Vondráčkovą? Złośliwa odpowiedź brzmi: bo trudno znaleźć ciekawego, co nie jest Karlem Gottem. Idol nastolatek, Tomáš Klus, pochodzący gdzieś z okolic Cieszyna, to po prostu chłopaczek z popową gitarką, co sprawia, że mnie - fance konkretnych brzmień - w ogóle nie rusza. Ale przecież nie jest tak, że całkiem nic nie ma.

Na jesień mała depresyjka: Mňaga a žďorp, którzy według wikipedii zajmują się rockiem alternatywnym, czyli kapela działająca przede wszystkim w latach 80. i 90. Ciekawostka: Mňaga a žďorp byli bohaterami fabularyzowanej mistyfikacji Petra Zelenki, podobnie jak zrobił to w dość znanym w Polsce Roku Diabła z Nohavicą i Čechomorem.
Hodinový hotel, czyli hotel na godziny.

Leoš aneb tvá nejvěrnější

(Leoš a já, Štramberk 2011)

Trochę ponad miesiąc po kursie wybrałam się na polecany przez moją lektorkę spektakl w teatrze Husa na Provázku o tytule jak w nazwie notki. Recenzja będzie absolutnie nieprofesjonalna. :)

Z czeskim i morawskim teatrem nie mam wiele wspólnego. Kultura teatralna w Czechach jest jednak zupełnie inna niż w Polsce - każde miasto ma jakąś scenę amatorską, półprofesjonalną czy profesjonalną. Czesi do teatru chodzą chętnie i często, bilety na Leosza trzeba było rezerwować na miesiąc przed spektaklem. Szczygieł do tego dodał, że Czesi chodzą wyłącznie na komedie, bo teatr postrzegają jak rozrywkę, ale opowieść o Janaczku bynajmniej do komedii nie należała.
Inscenizacja Milana Uhdego, wielokrotnie nagradzanego za różne spektakle, była po prostu świetna. Trzygodzinna historia przedstawiająca pełną ironii historię miłości większych i mniejszych uznanego kompozytora, wielbionego za twórczość, niekoniecznie zaś za osobowość. Widzimy życie choleryka, despoty, który na różnych etapach w rozmaity sposób próbuje zapewnić sobie szczęście osobiste. I kiedy już - na starość - wydaje mu się, że znalazł tę prawdziwą, wspaniałą miłość - zaziębia się w sztramberskim lesie i chwilę później umiera. Wydaje się, że nie miał świadomości, że jego Kamilką sterował mąż, marzący o spadku po kompozytorze. Sam maestro w każdym razie też pięknie nie postępował z poprzednimi swymi kobietami: żonę (podetkniętą mu przez kochankę - matkę tej dziewczyny) unieszczęśliwił, od nauczycielki śpiewu uciekł, międzynarodową śpiewaczkę gwałtem chciał wziąć. Sztramberski koniec spektaklu ironicznie zagrał i z moją historią, przez co myśli nasunęło mi się kilka powracających i potem kwestii oraz pytań: czy to, co światu dajemy, naprawdę nam oddaje (nie przypuszczam, że z taką tezą reżyser prowadził tę historię, ale myśl mi się nasunęła); z jakich właściwie powodów ludzie są ze sobą - z pożądania, chwilowej fascynacji, miłości? Czy idealna - ostatnia - miłość Janaczka była mniej realna przez to, że istniała wyłącznie po jego stronie? Wykreowana przez reżysera Kamila wcale umiejętnie nie grała zainteresowania. Czy prawdziwe były uczucia zdradzanej żony? Tu pojawia się jeszcze inaczej wyprofilowane pytanie: co z tytułową wiernością, która w trakcie spektaklu pojawia się kilkukrotnie? Była mu najwierniejsza Kamila, czy może niedoceniona żona, znosząca przez całe życie upokorzenie życia z despotycznym, nielubiącym jej mężem? Bardzo dobrze oddał reżyser złożoność relacji międzyludzkich, cieszę się z braku czarno-białych rozwiązań i klisz. Każdy, mam wrażenie, mógł wynieść ze spektaklu to zagadnienie, które zajmuje go najbardziej.
Dodać do tego muszę, że przestrzeń jest skonstruowana interesująco: widzowie siedzą po obu stronach sceny, która znajduje się na środku sali i jest długim stołem, przy którym zmieniają się aktorzy i sceneria. Widz zagląda do salonów kolejnych mieszkanek życia Janaczka i zostaje dopuszczony do niepięknej strony jego życia. Życie z kolei jest pokazywane jako epizody odpowiadające na kłótnie trzech "znawców" o to, jak wiele emocji zawarł Janaczek w swojej twórczości. Odpowiadające, na szczęście, niejednoznacznie.

I ostatni akcent tej recenzji: Muzyka spektaklu... Miloš Štědroň dostał za tę muzykę nagrodę Alfréda Radoka, genialna skrzypaczka Gabriela Vermelho pojawiająca się na na widowni przy każdym epizodzie -   wbija w (dość niewygodne) krzesło. Każdy detal został opracowany tak, że aktorzy zasłużenie wychodzili 4 czy 5 razy na scenę. :) 

Wracam do Brna w pierwszym możliwym terminie na Baladu pro banditu, także Uhdego. :)

Advojkowy ciąg dalszy

Majowa notka o A2

Zamówiłam, przelałam pieniądze - subskrypcja nie nadeszła. Napisałam (po angielsku, ze strachu, że czegoś z instrukcji nie zrozumiałam) i dowiedziałam się, że z powodu jakichś brakujących danych mój przelew zaginął z czeluściach banku i trzeba go było ręcznie wydobyć. Nauka na przyszłość: zorientować się przed wysłaniem w kosmos pieniędzy, jak dokładnie wypełniać formularze, gdy są w kraju odbioru inne. To wszystko u zewnętrznej firmy zajmującej się sprzedażą wysyłkową.

Ponieważ po odnalezieniu się przelewu wciąż nie dostałam dostępu do prenumeraty, napisałam, tym razem po czesku, do działu A2 odpowiedzialnego za dystrybucję. Nastąpiła niemal miesięczna przerwa wakacyjna i voila! dostęp się znalazł.
Od momentu zapłacenia do realizacji ok. 1,5 miesiąca.
Jestem pod wrażeniem, że udało mi się sfinalizować tę transakcję. Kolejne numery trafiają na biurko, elektroniczne archiwum leży bezpiecznie na moim dysku, polecam każdemu.

Wypowiedzmy wojnę Czechom...

...i im się poddajmy

Taką grupę założył ktoś na Facebooku. Do dziś zapisało się prawie 4,5 tys. ludzi.
Założenie jest proste: naprawilibyśmy problemy Polski rozwiązaniami Czechów, napili dobrego piwa, zapalili dobre (?) zioło, poderwali Czeszki. A w zamian dostęp do morza, z którego mogą się Czesi ucieszyć. Minusów nie zauważono. Na grupowej tablicy odzywają się zarówno Czesi, jak Polacy i panuje wesoła atmosfera wzajemnego zrozumienia.
Szczególnie cieszą mnie komentarze na temat stanu kolei w Polsce: Czesi dziwią się, jak muszą nasze tory wyglądać, skoro tak tęsknimy do ich drah - w ich ocenie byle jakich.
Logo grupy wygląda tak, że połowie polityków-patriotów, łącznie z nieżyjącymi, mogłyby włosy dęba stanąć:



Informacje o grupie dotarły i do czeskich mediów, dla przykładu zpravy.idnes.cz, lidovky.cz

Czy Czesi lubią naszą literaturę?

Artykuł dosłownie sprzed chwili. Krótka recenzja tegorocznego Světu knihy w Wyborczej.

- Można by wyróżnić kilka kategorii polskich pisarzy w Czechach, ale Wisława Szymborska jest poza wszystkimi - twierdzi Maciej Ruczaj z Polskiego Instytutu w Pradze. - W jej przypadku działa oczywiście magia literackiej nagrody Nobla. Po raz pierwszy zresztą laureat tego wyróżnienia był obecny na targach, a to już 16. edycja. Jest też jednak kategoria polskich autorów szalenie w Czechach popularnych, na spotkanie z którymi zawsze przyjdą tłumy - niezależnie od tego, czy wydali ostatnio książkę, czy nie. Mógłbym właściwie powiedzieć jedno nazwisko: Andrzej Sapkowski.

źródło

A2

Tytuł jest nazwą kulturalnego dwutygodnika, którego redakcja mieści się przy Americke 2 w Pradze. Gdy ostatnio próbowałam kupić go w Czeskim Cieszynie, żadna z dwóch pań kioskarek nie wiedziała nawet o jego istnieniu. Zaskoczona, postanowiłam kupić elektroniczną prenumeratę i nie być zależną od kiosków z rzadka gdzieś za granicą odwiedzanych. O ile udało mi się znaleźć informacje o prenumeracie i złożyć zamówienie, o tyle jego realizacja jeszcze mnie przerasta: dotąd nie zapłaciłam należnej kwoty, gdyż materia przelewów międzynarodowych jest mi zupełnie obca. Co najdziwniejsze, papierowy egzemplarz znalazłam na biurku u rodziców, gdy pojechałam do nich na weekend.

A2 to czasopismo, którego odpowiednika w Polsce trudno by szukać. Format typowej gazety, jak RP czy Wyborcza, skąpe ilustracje, a w środku felietony, wywiady, recenzje książek, filmów, festiwali. Przedruki prac plastycznych i wierszy. Każdym numerem rządzi jakiś temat - i tak w ostatnio otrzymanym dowiadujemy się, że "Polsko žije", mogąc poczytać o odkrywaniu Gombrowicza, o najnowszej polskiej prozie i targach książki, na których nasz kraj zajmuje w tym roku honorowe miejsce. Co dwa tygodnie czytelnik trzyma w rękach 40 wielkoformatowych stron. Uczta językowa, uczta kulturalna. Chętnie widziałabym coś takiego na rodzimym rynku.

Kino na granicy

Z zaskoczeniem dowiedziałam się o cyklicznym cieszyńskim festiwalu - Kino na granicy. Zaskoczenie miało dodatkowe dno, mianowicie mentalne zespojenie Cieszyna z początkami Nowych Horyzontów, które niełatwo dało się przekonać do zmiany - skąd powstała we mnie myśl, że nic pustki po ENH nie zapełnia, nie wiem. W każdym razie już nie światowe, a środkowoeuropejskie kino zostaje prezentowane szerokiej publiczności w przygranicznym miasteczku.
Jak słyszałam, ewenementem na skalę europejską jest projekcja przez Olzę (widzowie siadają na ławeczkach w Czechach, ekran natomiast znajduje się w Polsce). Szerokość rzeki nie przeszkadza w odczytaniu napisów, o ile ma się dobre okulary bądź, co rzadsze, zdrowe oczy. Ja w każdym razie mogłam poćwiczyć rozumienie ze słuchu.
Złośliwie musiałam też stwierdzić, że w niespełna 40-tysięcznym Cieszynie majowy weekend ma w sobie więcej życia niż w ponad pięciokrotnie większym Toruniu.

Wśród uczestników dominują młodzi ludzie (nawet bardzo, podpowiada wewnętrzna stara jędza), których jednakże łatwiej było spotkać na rynku w środku nocy niż na pierwszych porannych seansach.


Projekcja przez Olzę - tak to wyglądało (materiały z oficjalnej strony festiwalu)



Plakat festiwalu. Wciąż się zastanawiam, co to takiego:

Jezus Christ Superstar

Dziś, po wielu poszukiwaniach upewnionam, w Ostravie, w Domě kultury města Ostrava.
Legendarny musical Andrew Lloyda Webbera z 1971 r.

Gdy pierwszy raz przyszedł do mnie w postaci płyt CD z muzyką, byłam urzeczona. Nie widziałam go dotąd ani w formie filmu, ani żadnej inscenizacji. Dziś posłucham czeskiej wersji językowej popartej grą aktorów Městského divadla z Brna, o której tak piszą na stronie www.dkmoas.cz:

Nastudování Městským divadlem Brno je divadelními kritiky označováno jako jedno z nejlepších.


Nie mogę się doczekać!