Showing posts with label Erasmus. Show all posts
Showing posts with label Erasmus. Show all posts

Śmiejące się bestie?

Przekazane przez M. wrażenia po jednej z erasmusowskich wycieczek z Brna do Krakowa:

"Hej, ta Polska to wygląda tak jak Czechy, tylko ludzie się częściej uśmiechają".

Praktyki Erasmus - podejście drugie

Już wiem, czego wymaga się na Uniwersytecie Wrocławskim:
1. Letter of Acceptance
2. zaświadczenie o średniej ocen
3. wypełniony wewnętrzny formularz zgłoszeniowy
4. list motywacyjny
5. zgoda od Dziekana na wyjazd w trakcie roku akademickiego

Dwa ostatnie właśnie się tworzą.

Erasmus - praktyki

Pierwsze podejście do administracji uczelnianej w związku z praktykami Erasmus. Informacje na stronie mówią, że należy mieć podpisany przez stronę przyjmującą letter of acceptance, zaświadczenie o średniej ocen oraz list motywacyjny. W przypadku wyjazdów do krajów, w których istotna jest znajomość języka - także ocena z egzaminu z tego języka bądź certyfikaty.

Letter of acceptance jest najistotniejszy, co tu dużo kryć. Często jest tak, że studenci wysyłają zgłoszenia do firm zagranicznych i nie dostają odpowiedzi. Mnie się udało, załatwiłam sobie miejsce stażowe podczas jednej rozmowy, potem tylko czekałam na list w formie papierowej. Przyszedł.

List motywacyjny właśnie się pisze w mojej głowie (zapomniałam o tym punkcie), ale motywacja do wyjazdu w moim przypadku jest tak oczywista, że staje się formalnością.

Jeśli się uda, to - któż zgadnie? - pojadę do Czech. W przypadku praktyk, na które zasadniczo wysyła się wszystkich, trzeba pamiętać o grancie. Zdarza się, że granty dla Uniwersytetu są już rozdzielone i trzeba jechać na własny koszt. Mam nadzieję, że mnie to nie spotka.

Wczoraj poszłam załatwić pierwszą turę dokumentów, ale - surprise - konsultacje na stronie www okazały się nieprawdziwymi i nie dostałam się do koordynatorki. Następne podejście w poniedziałek.

Policie

Pobyt w Ostravie zakończyła w moim przypadku wizyta na czeskim komisariacie policji w związku z moją komórką. Gdy po długich trudach znaleźliśmy jakiś (oznaczenia w mieście są do kitu), weszłam i zakomunikowałam, że chcę zgłosić kradzież. Trzech panów wyszło popatrzyć i posłuchać tego, co mówię. Opisałam sytuację (po czesku!), poproszono mnie, bym usiadła i poczekała. Po chwili przyszedł policjant i zaprosił na górę. Spędziłam z nim miłą godzinę. ;) Zapytana o dowód osobisty zaznaczyłam, że nie jestem Czeszką, na co ten zdziwił się dość mocno i spytał, czy nie chcę tłumacza. Nie chciałam, stwierdziłam, że się zrozumiemy. Pokazałam mu przywiezione przez rodziców mi pudełko i dowód zakupu aparatu, zapytałam, co chcą zrobić.
Wielkie pierwsze zdziwienie: będą go szukać!
Do tej chwili byłam przekonana, że chcę tylko policyjny papier i blokadę IMEI. Teraz mówią mi, że będą szukać telefonu, złodzieja i zamierzają mi ten telefon oddać! Wyjaśniono mi też, że jeśli nie znajdą aparatu, sami zablokują IMEI, więc naprawdę nie muszę niczego już robić - tylko dać im czas na działania.

Gdy miałam wątpliwą przyjemność wizytowania polskiego komisariatu, potraktowano mnie zupełnie inaczej. Słyszałam też same złe rzeczy o czeskiej policji, tymczasem mam swój papier, swoją obietnicę, ogólnie - zadowolona jestem.

Na koniec zapytałam z ciekawości, co by było, gdybym chciała skorzystać z usług tłumacza. Nie wyszłabym stamtąd w ciągu godziny, prawdopodobnie nawet nie w ciągu trzech. Nie mieliśmy tyle czasu, więc bardzo, straszliwie ucieszyłam się z wymiernej korzyści, jaką dała mi nauka języka przy każdej możliwej okazji.

Jezus Christ Superstar

Dziś, po wielu poszukiwaniach upewnionam, w Ostravie, w Domě kultury města Ostrava.
Legendarny musical Andrew Lloyda Webbera z 1971 r.

Gdy pierwszy raz przyszedł do mnie w postaci płyt CD z muzyką, byłam urzeczona. Nie widziałam go dotąd ani w formie filmu, ani żadnej inscenizacji. Dziś posłucham czeskiej wersji językowej popartej grą aktorów Městského divadla z Brna, o której tak piszą na stronie www.dkmoas.cz:

Nastudování Městským divadlem Brno je divadelními kritiky označováno jako jedno z nejlepších.


Nie mogę się doczekać!

łamańce

Przypomniała mi się zagubiona myśl z wczorajszej notki, gdy przechodziłam mostem granicznym w Cieszynie.

W Czechach główne pozdrowienie brzmi trochę inaczej niż u nas, mówi się: dobrý den. Standardowe pożegnanie to na shledanou.
Tymczasem na samym początku pobytu w Ostravie kelnerka w restauracji na do widzenia z uśmiechem (dostała napiwek ;)) powiedziała mi hezký večer, czyli dosłownie... "fajny wieczór". Nie mogłam rozgryźć, czy chodzi jej o stwierdzenie faktu (jest fajny wieczór), czy żegna się ze mną taką formułką (ale w tej formie? tak niegramatycznie?). Wyjaśnienie zagadki przyszło niedawno, zupełnie przypadkiem.
Formułka "życzyć komuś czegoś" u nas jest wyrażana przez dopełniacz, powiedzielibyśmy: życzę ci dobrego wieczoru, w skrócie: dobrego wieczoru! (o pożegnaniu myślę).
Czeski ekwiwalent tego zwrotu to "přát někomu něco" (dosł. życzyć komuś coś, z użyciem biernika), zatem chcąc życzyć komuś obcemu mi dobrego wieczoru, musiałabym powiedzieć: přeju Vám hezký večer. Po analogicznym skróceniu zostaje owo wspomniane pożegnanie z restauracji.
Zaskoczyło mnie, jak fajnie to się łączy z konwencjonalnym powitaniem, w przeciwieństwie do polskich odpowiedników. Tak jak mówimy dzień dobry, nie powiemy np. wieczór fajny, chcąc komuś takiego życzyć.

kradzież

Miałam bardzo ważną myśl do napisania tu na blogu, która wpadła mi do głowy wczoraj przed zaśnięciem. Gdy dziś nad nią rozmyślałam, próbując przypomnieć sobie tor myśli, na dworcu Ostrava-Vitkovice podszedł do mnie 17-letni na oko chłopak i spytał o godzinę. A ja, durna, zamiast tę komórkę schować od razu, popatrzyłam na niego. I już nie mam komórki, a w niej numeru wielu osób, w tym Agnieszki, do której właśnie się wybierałam, umówiona na "puszczenie sygnału, jak będę pod miejscem X".

Bardzo chcę zrobić na złość temu gówniarzowi. Postanowiłam zablokować numer IMEI telefonu, żeby nikt nie mógł z niego korzystać. Dupa. Proces blokowania wygląda tak:
-> zgłoszenie kradzieży na komisariacie policji (z papierami telefonu, które są we Wrocławiu, a może Głogowie)
-> osobiste stawienie się z papierem potwierdzającym zgłoszenie kradzieży w punkcie operatora, gdzie taka blokada może dojść do skutku.

W obu tych miejscach mam problem: papierów jakichkolwiek brak, do Polski najbliższy wypad będzie przed świętami, prawdopodobnie już bez wracania do Ostravy.
Czy zgłoszenie może przyjąć polska policja, czy musi to być czeska - właśnie szukam. Cały ten proces będzie trwał co najmniej trzy tygodnie, po których mój telefon już prawdopodobnie znajdzie się w rękach nowego właściciela. Mam przeogromną nadzieję, że odpowiednio utrudnię mu korzystanie z niego.
Pójdę 20 albo 21 grudnia na komisariat, czy wtedy przyjmą zgłoszenie z 5.12?
Jestem całkiem w nerwach, wkurzona na ten system, który ułatwia złodziejowi drogę, a właściciela telefonu sprowadza do osoby, która musi jeździć, udowadniać, babrać się w tym wszystkim.
Dlaczego, do jasnej cholery, nie mogę się przedstawić w biurze obsługi abonenta, podać wszystkie moje dane osobowe w celu weryfikacji, i zablokować ten cholerny telefon?

Czeski głębiej

Wciąż zgłębiam wiedzę dotyczącą czeszczyzny współczesnej (w codziennych kontaktach i na zajęciach) i historycznej (styczniowy egzamin z historii języka polskiego uświadamia i w tej materii).
Bardzo przydatnym, wręcz doskonałym narzędziem przy nauce języka czeskiego, gdy się opanuje podstawy, jest Internetová jazyková příručka. Zasada dotycząca wyboru wszelakich słowników jest prosta i wspólna wszystkim językom - najlepiej jak najszybciej przenieść się na słowniki jednojęzyczne. Taka jest wspomniana příručka. Składa się z dwóch części, wykładowej i słownikowej. Wykładowa, jak nazwa wskazuje, to reguły pisowni i gramatyki; natomiast słownikowa to wspaniałe narzędzie, podające jak dany wyraz należy dzielić, odmieniać, tworzyć z niego formy pochodne i wstawić w zdanie. Łączy ciekawsze kwestie z częścią wykładową, dzięki czemu od razu można się dokształcić w zakresie ortografii i nie tylko.

Drugą, jeszcze przeze mnie dobrze nieodkrytą pomocą, jest Příruční slovník. Spełnia funkcję słownika języka polskiego, czyli wyjaśnia i pokazuje konteksty użycia. Ciekawostką jest obecność zeskanowanych kart katalogu, unaoczniająca, jak wyglądała praca leksykografa jeszcze nie tak dawno temu.

poBratysława

Dlaczego samolot lata? Od kilkunastu minut przekopuję strony poświęcone fizyce dla maturzystów i nie rozumiem z nich tyle, ile by mnie satysfakcjonowało.
Słowacki, język, wydaje mi się bliższy polszczyźnie niż czeski - brzmieniowo, może złudnie (w końcu nie znam ani jednego, ani drugiego). Przy okazji zastanawiam się nad kryteriami powodującymi uznanie dwóch językowych tworów za języki pełnoprawne. Po przeszukaniu zasobów internetowych wniosek nasunął mi się jeden: to jest sprawa czysto polityczna, nie językowa. Uznano serbski i chorwacki za dwa odrębne języki, ponieważ taką decyzję podjęły parlamenty obu państw, mimo że jest między nimi mniej różnic niż między polskim a śląskim. Podobnie musi być w przypadku słowackiego i czeskiego - różnice nie są wielkie, skoro Czesi po czesku bez problemów swoje sprawy załatwiają, a Słowacy ich rozumieją. I dla mnie, użytkowniczki polszczyzny z podstawami czeskiego, słowacki nie stanowił mrocznej tajemnicy. Niektórzy posuwają się do stwierdzenia, że w ogóle języki słowiańskie mogą być wariantami jednego, jako że Polak z Ukraińcem się dogada, Słowak z Czechem, Polak ze Słowakiem itd. W to byłoby mi trudno uwierzyć.

W okolicy Ostravy pochowali małe miasteczka, otoczyli górami, tak że wygląda niczym w bajce. Takim miasteczkiem jest Štramberk, mający w rynku jeden kościół, nad nim stoi stara wieża zamkowa, a okoliczne pagórki chowają rzeźby ważnych regionalnych rzeźbiarzy. Część ludzi wciąż mieszka w starych, drewnianych domach. Jakby czas stanął w miejscu.
Na górskie wycieczki polecano mi okolice Frydka-Mistka i Frydlandu, łatwo dojechać autobusem czy pociągiem, a stamtąd już prosto na spacer pod górę.
Jak mówiła Míša: tu wszędzie są góry, a jak nie góry, to hałdy, więc prawie jak góry.

I Brno, stolica południowych Moraw. Kiedyś jeszcze wrócę.

Nuda

Wychodzimy rano na ćwiczenia z przekładu, otwierają się drzwi pokoju obok i staje w nich Leszek. Pyta, co i o której mamy, po czym stwierdza: "idę z wami". Mamy tak mało zajęć, że ani się zmobilizować do samodzielnej pracy, ani zadana nie zajmuje zbyt wiele czasu. Poza cyklicznymi imprezami (definitywnie nie bawi mnie alkohol, to przychodzi falami, właśnie poszło precz) nie ma wiele aktywności. Nadrabiam książki z listy "do przeczytania, gdy zabraknie lektur obowiązkowych".
Przyszły tydzień upłynie pod znakiem trzech godzin zajęć (czeski w czwartkowy ranek). Tak, to już wszystko.
Matko, jakże takie wakacje demobilizują i demoralizują. Coraz straszniej mi na myśl o styczniu i zaliczeniach.

Łatwo się rozbestwić

Co spojrzenie na plan, to zdziwienie, jak wiele wolnego czasu. Będę jeszcze przeklinać ten luz :) Tymczasem w planach wycieczki małe i duże!

Turkish guys

Najliczniejsza chyba grupa po Polakach to Turkowie. Są mili, uśmiechnięci, czarująco się z nimi rozmawia. Wszystkim zainteresowani, o wszystko pytają, pamiętają szczegóły. Są muzułmanami - ten temat chcę, inaczej nie byłabym sobą, jeszcze poruszyć.

zwyżkowo

Uzbierałam już pełen pakiet zajęć na uczelni (bagatela, trzy tygodnie po rozpoczęciu), wyjdzie z tego 29 punktów + 3 na filologii za seminarium.

Owocem wczorajszego spaceru po śląskiej Ostravie było odkrycie cmentarza - ciekawa byłam, jak w ateistycznych Czechach chowa się zmarłych - a chowa inaczej. Pomniki kryją pod sobą całe rodziny, zatytułowane są nazwiskiem, poszczególne imiona graweruje kamieniarz. Sporo z nich zawiera jakby półkę, w której za szybą umieszczane są zdjęcia, pamiątki, czasem nawet urny z prochami. Jeden znicz, jakiś kwiatek, nic więcej. I w podpisie "Nazapomneme", napisy związane z wiarą są zdecydowanie rzadsze. I znów zastanawiam się, czy naprawdę jedyne, co można o człowieku po śmierci powiedzieć, to dwie daty: urodzenia i śmierci? I smutne to, i niepotrzebne w gruncie rzeczy. O ileż lepszy byłby jajcarski wierszyk - niech przechodzień ma jakąś radość z mojej śmierci. W końcu za najdalej 100 lat śladu ani po pomniku, ani po ciele nie będzie. Tabu, które nałożono na śmierć, zdumiewa mnie nadal. Wielu zauważyło, że to jedyna pewna rzecz w życiu (haha) każdego człowieka, wyjątkowo demokratyczna towarzyszka. Czy to strach przed nieodwracalnością, przed wywołaniem, skłania ludzi ku milczeniu? Chciałabym bez strachu i stresu rozmawiać z bliskimi o śmierci.

Zaskoczenie:

no title

Skończyłam wreszcie z tym długachnym wypadem do Polski - tydzień cały mi to zajęło, a i tak obarczyłam Bucza (Buczu! W tym miejscu o Tobie wspominam!) i moją siostrę papierkami do załatwienia. Grunt to owocna wizyta u promotora, obiecujący kierunek pracy wieńczącej studia i zadzierzgnięte znajomości na wrocławskiej bohemistyce.
Z wojakiem Szwejkiem przejechałam dziś przez granicę (konduktorka kazała mi zapłacić za bilet o wiele więcej niż ostatnio - muszę się jeszcze podszkolić w czeskim, zamiast 18 kC z Bohumina do Ostravy zapłaciłam 48.)
Znów mam etap przeszkadzających sobie języków - zmieszane produkują kwiatki jak ostatnio w Żabce pod blokiem, gdy zamyślona podeszłam do kasjera mówiąc: "dobry dzień". Dziś z kolei pewna byłam, że dziewczyny stojące niedaleko mnie na ostravskim przystanku mówią po polsku - tak brzmiała melodia języka, akcentowanie. Tymczasem słownictwo, gdy podeszłam bliżej, okazało się czeskie. Czy to moja "głuchota glottodydaktyczna" (istnieje taki termin!), czy one wychowały się na terenie sprzyjającym interferencji językowej?

w przerwie

Podanie na bohemistykę (niech mnie nie skreślają!) gotowe i wydrukowane. Za godzinę pociąg do Wrocławia - postanowiłam dziś zadebiutować na drugim kierunku studiów i poszukać rzeczników (rzeczniczek) mojej sprawy wśród koleżanek i kolegów z roku.
Jutro wizytuję promotora, czas na rozmowę o kształcie magisterki (kształcie... temat by się przydał :D). Tuż potem kolejny pociąg i tym razem Ostrava - na miesiąc, na dłużej? Mam nadzieję, że sprawy studiowania we Wrocławiu uleżą się i bez moich interwencji, podczas gdy ja będę spędzać czas nad słownikiem czesko-polskim i nie tylko.

Dwa i pół tygodnia

Początek był trudny. Gdyby nie Internationa Student's Club, uciekłabym szybko (i tak uciekam, ale tylko na chwile i chętnie wracam). Dziewczęta i chłopcy z ostravskiego ISC pomogli nam, Erasmusowcom, wyrobić pierwsze dokumenty, zapłacić za internety, pokoje, karty. Pokazali dobre knajpy i biblioteki (w tej kolejności), oferują wycieczki i imprezy. Takie ze mnie zwierzę imprezowe, zwłaszcza w towarzystwie większości Polaków... Niemniej szykuje się kolejka ładniejszych miast europejskich do zwiedzenia jeszcze nim nadejdzie zima. :)

Urok Ostravy, miasta kopalni i hut, hotelowych "dumów", kilkudziesięciu kamienic z przełomu XIX i XX wieku, wciąż na mnie działa. Nie spodziewałam się po sobie takiego afektu, nie przy pochodzeniu z górniczej części Dolnego Śląska, z miasta, które zbudowano w obecnym kształcie po drugiej wojnie.

Studiuję głównie po czesku, co zadziwia mnie samą, będącą po miesięcznym kursie języka. Szykuje się sporo pracy własnej z wielgachnymi słownikami, ale to jedyna szansa na nauczenie się szybko i skutecznie (poza ćwiczeniami praktycznymi każdego dnia w mieście).

Ach, właśnie! Bardzo mile zaskakują mnie reakcje Czechów na moje próby porozumienia się po czesku. O wiele lepsze nastawienie pokazują, gdy zaczynam rozmowę (słabo) po czesku, niż gdy kilka razy włączyłam angielski. Po czasie myślę, że mimo wszystko to - z mojej strony - głupie, że próbuję ze Słowianinem, z językiem którego łączy mój najwięcej, porozumieć się w języku zupełnie innej proweniencji.

Rodzą się powoli plany dalszej edukacji to tu, to tam. Gdy polonistyka się skończy, gdy zostanie tylko wrocławska bohemistyka, dobrze będzie postudiować ją u źródła. Póki co, jedynie opracowuję hipotezy, te jednak wyglądają (już w mojej głowie) naprawdę interesująco. Rosnę tu w pewność siebie. Na myślenie po czesku aplikuję sobie Lema. Za rzeką zaczyna się Śląsk.

o

Ge-nial-na restauracja wegetariańska w Ostravie!

Zgodnie z zapowiedziami zewsząd, pierwszy tydzień w mieście był marny. Malutki pokoik, niedziałający internet, wspólny (!) prysznic dla dziewczyn i chłopaków. Powoli, gdy udało mi się zorientować w rozkładzie komunikacji miejskiej, zwiedzić centrum miasta, połapać w kwestiach uczelnianych, minusy przestały tak bardzo przeszkadzać. Ładna tu jesień. Będzie dobrze.

trzyyy-czteeery

Boję się i jutrzejszego wyjazdu, i wszystkiego, co mnie czeka nim wieczorem położę się w nowym nie-swoim łóżku.

niemoc

Tych kilka dni przerwy, podczas których nie chce się załatwiać miliona ważnych spraw, a najchętniej spędziłoby się wakacyjnie w łóżku, w sufit (lub nie) patrząc.
Potyczki z rodzicami, którym nie można wyjaśnić, że Ostrava jest kilkukrotnie od Głogowa większa, że tam JEST cywilizacja i nie muszę się obkupić na całą jesień i zimę już teraz.
Pakowanie i planowanie w stanie rozsypanym. Może jakąś listę zrobię?

To sum up

Pakuję się od 8 rano i wciąż nie mogę tego skończyć.
Na miejscu stacjonują już tylko Polki, mamy najwięcej czasu. Pozostali się porozjeżdżali, porozlatali.
Gdybym miała podsumować, pod względem językowym oceniam kurs bardzo dobrze. Poza lekcjami, na których można było zejść pod stołem, miałam ciągły kontakt z językiem, czytam ze słownikiem artykuły w czaspośmie Reflex, czeskim odpowiedniku Przekroju.
Integracja nigdy nie była moją mocną stroną, więc i tym razem kontakty były przyjemne, ale powierzchowne. Jeśli się kiedyś wybiorę do Lipska, Dusseldorfu czy Finlandii, mam się do kogo zwrócić. Mam też kogo odwiedzać w najładniejszych miastach czeskich. Przypomniałam sobie, jak to jest z kimś w pokoju mieszkać, dzięki czemu może nie będzie problemu później, w Ostravie.
Czas na jabłko, spojrzenie w Facebooka (najważniejsze medium erasmusowe) i do pakowania!