Showing posts with label my u nich. Show all posts
Showing posts with label my u nich. Show all posts

To neřeš!

W rozmowie z Kingą zdefiniowałyśmy środek czeskości.
No, może na wyrost, ale udało się nam dojść do porozumienia, co jest tą cechą, która sprawia, że Polacy na początku Czechy kochają miłością gorliwą, a po przeprowadzce do swojego raju czasem nie umieją się w nim odnaleźć.

Analizujemy. Jesteśmy ekspertami we wszystkim. Wszystko nas porusza. Znamy się na polityce, prawie, globalnej ekonomii, globalnym ociepleniu i niuansach powstania ISIS. Doskonale wiemy, nie ma co być skromnym, jak działa cały świat - rozpracowaliśmy go wieki temu i teraz genetycznie przekazujemy tę wiedzę kolejnym pokoleniom. Siadamy do wódki i za chwilę nie ma końca dyskusjom. Robię to tu w Brnie z Polakami, z Rosjanami, z Ukraińcami - ba, nawet z Hiszpanem.

A z Czechami nie. Czech idzie do hospody po swoją dawkę ukojenia, jak twierdzą dziennikarze wyspecjalizowani w obserwowaniu sąsiada. Jeśli się analizuje politykę, to po to, by powiedzieć, że Zeman znów przekroczył jakąś granicę (ostatnio - śmierć wegetarianom i abstynentom). Wszyscy kradną, ludzie to świnie, o czym tu debatować. Może o hokeju? Zbytnia skłonność do analizowania nie bywa zbyt mile widziana, a jej kwintesencją jest owo "to neřeš". Neřešit, czyli  nie rozwiązywać, nie analizować, nie grzebać się i nie memłać w jakichś meandrach problemu. Diagnozy znamy, wypijmy kielona, żeby piwo lepiej siadło, i do domu.

Słodko? Słodko. Wreszcie koniec wszechwiedzących wujków Zdzichów i poglądów, od których uszy zawiązują się na pętelkę. Pogadajmy o sporcie, o cyckach tej baby, co przeszła chodnikiem albo o tym, co mi wyrosło na ogródku ostatnio. Wreszcie nie masz wrażenia, że niesiesz cały świat na barkach, że narzekanie i krytykanctwo rozpuści cię w morzu piwa.

Gorzko? Gorzko. Mam ogólnie wrażenie, że relacje między ludźmi tu nawiązać trudniej. Obcym się człowiek nie zwierza, nie podejmie próby umówienia się na kawę z samej chęci poznania się bliżej. O problemach jednostek właściwie nie wiesz, jeśli nie wpuszczą cię bardziej do swojego kręgu. A to wpuszczenie odbywa się zauważalnie później niż w Polsce.

Dużo rzeczy odbywa się milcząco, pewne społeczne konwencje po prostu działają i nie poddaje się ich analizie. Mój były, przypadkiem Czech, uważał mnie za buntowniczkę, choć już jakiś czas nie jestem ostentacyjna w swoich miniprotestach. Często nawet nie wiedziałam, które z moich zachowań zasłużyły sobie na łatkę rebelii. Niechęć do analizowania stała się częściowo przyczyną rozpadu relacji, bo trudno grać według reguł częściowo nieznanych (i nieintuicyjnych), a częściowo odrzucanych.
Gdybym się na to poskarżyła współlokatorkom, powiedziałyby: To neřeš, dej si víno.

Sport a sprawa czeska

1. W Czechach nie ma dorosłych niepływających. Jakoś, byle jak, z błędami, pływa każdy. 
Poza mną może, ale żadnego dorosłego niepływającego Czecha nie poznałam i nawet mój instruktor twierdzi, że ludzie tu naprawdę pływają.
Przy okazji szukania szkoły, która nauczy mnie tej trudnej sztuki bez użycia metod typu: wrzucam cię do wody, przejrzałam oferty wielu osób. Dorosłych w moim wielkomieście uczy jedna. I akurat ma czas, żeby to dla mnie robić, więc się uczę.
Nie mam doświadczeń wielu z basenami, byłam jako dzieciak parę razy i się wszyscy chowali w ręczniki. Słynne opowieści o czeskich przebieralniach, gdy na forum gazety panie oburzały się, że jak to tak dzieciom pokazywać, są prawdą. Kto normalny robi wygibasy pod ręcznikiem schowany w kącie, jak się może normalnie (czyt. goło) umyć, wysuszyć i ubrać? Prysznic na basenie, na który chodzę, to rząd 4 "słuchawek" prysznicowych, po drugiej stronie są umywalki. Żadnych stanowisk oddzielonych ścianami czy zasłonkami. 

2. W Czechach nie ma ludzi, którzy nie jeżdżą na łyżwach (nienarciarzy też podobno nie ma, ale nie sprawdzałam osobiście, bo się boję i jestem za biedna na taki wypad). 3-letnie dzieci ładują się na lodowisko z pachołkiem w odblaskowych kolorach i jeżdżą w nieskoordynowany sposób, który wywołuje moją panikę. Lodowiska są duże, dobrze utrzymane i odwiedzane przez wielu ludzi. Zdecydowanie należę do najniższej łyżwiarskiej klasy na typowym brnieńskim lodowisku. Jest ich tu zresztą kilkanaście, tylko większość z nich nie ma wypożyczalni - łyżwy Czesi mają własne. 

3. Ceny. W obu przypadkach, co było dla mnie zaskoczeniem, cena obowiązuje za wejście do areału. W ramach ceny podstawowej (100 Kc = 15 zł za basen, 55 Kc = 8 zł za lodowisko) mogę zostać w danym miejscu tak długo, jak jest otwarte. Moja lekcja pływania to godzina nauki, 20 minut w saunie i 15 w jaccuzi. Wychodzę zrelaksowana, śmierdząca chlorem i bardzo zadowolona.
Na lodowisku interwały między czyszczeniem lodu to 3 godziny i pewnie niektórzy spędzają tam cały ten czas, ale to nie na moją kondycję. Łyżwy wypożyczam za kolejnych 50 Kc, czyli koszt ogólny w obu przypadkach jest niższy niż niejednokrotnie godzina w jakimś polskim aquaparku/ lodowisku.

Przestało mnie dziwić, że tu sport jest popularny i uprawiany przez wszystkie grupy wiekowe i wagowe. Po raz pierwszy w życiu zaczynam go też troszeczkę lubić.

Wykształcenie średnie? Super!

Przy okazji pracy przyjrzałam się czeskiemu szkolnictwu.
Największa różnica to różnorodność oferty: szkolnictwo na poziomie średnim jest dużo bardziej techniczne niż w Polsce. Część zawodów, które w Polsce funkcjonują wyłącznie jako element kształcenia wyższego stopnia, tutaj jest zajęta przez ludzi z wykształceniem średnim. Można na przykład być logistykiem z maturą i spokojnie pracować w swoim kierunku bez konieczności robienia logistycznego magistra. Właściwie to dziwne, gdy pewnymi zawodami zajmują się ludzie z tytułami.
Widać, że szkoły kierują się potrzebą rynku, ponieważ oferta dla absolwentów podstawówek jest bardzo szeroka. Nie jestem pewna, czy mając do wyboru tyle kierunków zdecydowałabym się na liceum ogólnokształcące. W moim mieście z zawodowych był tylko ekonom.
Zapewne przyczyn należy szukać zarówno w tradycyjnym uprzemysłowieniu Czech, jak i długo trwającym wpływie modelu austriackiego.
Pragmatyczne podejście do kształcenia sprawia, że bezrobocie lekko przekracza 7 %, pracę znaleźć łatwo, choć doświadczenie bycia jedynym magistrem w danej jednostce firmy jest dość dziwne.
Jakiś czas temu doczytałam gdzieś, że Czechy są zaskakująco w pierwszej dziesiątce europejskich krajów, które cechuje brain gain, nie brain drain (szukam źródła i nie znajduję). Są też jedynym krajem słowiańskim po tej stronie mocy.

Co można studiować (sic!) w szkole średniej?
Administrację na przykład. Czemu urzędnik od excela i papierów ma być magistrem?

A poza tym (tłumaczenie własne, temu raczej wierne niż piękne)

  • design przemysłowy 
  • automatykę
  • ekonomię i biznes
  • kontrolę żywności
  • operatora systemów drukujących
  • procesy poligraficzne
  • chemię stosowana
  • geodezję
  • turystykę i hotelarstwo
  • zarządzanie handlem

(to tylko wypis, kierunków jest o wiele więcej)

Po wszystkich kierunkach można założyć firmę działającą w określonej profesji. Jednoosobowych działalności gospodarczych jest prawie milion, czyli niemal 10 % czeskiej populacji.

Nasuwa się pytanie, co ze studiami. Bo skoro na poziomie średnim wystarczy, to kto idzie na studia? Przyszli managerowie, handlowcy wyższego szczebla, dyrektorzy. I wszyscy ci, którzy przychodzą i odpadają po roku, dwóch, trzech. Nie znam żadnego Czecha, którzy przestudiowałby pełnych 5 lat bez przerw.
Czeskie studia wyglądają w praktyce trochę inaczej niż polskie, ale o tym innym razem.

Weg w Brnie

Na pierwszy ogień Kupe. Restauracja specjalizująca się w kuchni arabskiej, stąd obecność falafli, pieczonych bakłażanów, czosnku, oliwy i mnóstwa mieszanek węglowodanowych. Z przypraw obowiązkowa kolendra.

Dla fanów tradycyjnego jedzenia: Vegalite. Kotlet (bezmięsny), ziemniaki/ frytki/ ryż/ sałatka ziemniaczana i coś zielonego. Do tego obowiązkowa zupa i woda w nieograniczonej ilości.
Ciekawą propozycją jest niedawno otwarte Junk Food Cafe - specjalizujące się w burgerach i pizzach miejsce, w którym można się też napić piwa.

Fani kuchni indyjskiej z zacięciem na wschodnią duchowość na pewno docenią Avatar i Haribol. Porządnie doprawione jedzenie (czasem aż za bardzo), porcje typowo czeskie - bez szans na dokończenie talerza, o ile ktoś naprawdę nie jest głodny. Haribol lubię bardziej, bo z wegańskich opcji zawsze wychodzi pełen zestaw (zupa, drugie, surówka, pieczywo i deser). W Avatarze deseru nigdy nie dostanę, zupy w ogóle nie mają, więc zostaję najczęściej przy węglowodanach i sosie/ kotlecie do nich + surówce w nieograniczonej ilości.

Trzymasz się za portfel jak autorka tego wpisu? Stołówkowa jakość i ceny, ale 100 % roślinnie - zupa za 2 złote i drugie danie za 4-5 tylko w Oazie. Zaletą jedzenia stamtąd jest to, że jest ciepłe. Wadą ilość półproduktów sojowych używanych w kuchni i brak świeżych warzyw. Je się na stojąco.

Brno ma też restaurację raw food - Kiwi oraz kilka kawiarni z wegańskimi ciastkami i mlekiem roślinnym do kawy, moją ulubioną jest Tukaloka.

Problemem w Brnie jest niedziela. W ciągu tygodnia wszystkie wyżej wymienione opcje są dostępne w dobrych godzinach. W sobotę bywa gorzej, ale da się znaleźć otwarte miejsce. W niedzielę zostaje tylko najdroższe miejsce ze źle oznaczonymi daniami (trzeba mocno główkować, by znaleźć opcję wegańską, 85 % to dania wegetariańskie), bistro Rebio, w którym płaci się za wagę jedzenia. Typowa porcja, mniejsza niż w wyżej wymienionych miejscach, jest wyraźnie droższa - 120-140 koron za niepełny talerz to dla mnie za dużo.

Podsumowując, oferta jest szersza niż we Wrocławiu. Podoba mi się, że w Brnie można wybierać między różnymi smakami kuchni. Nie podoba mi się nieobecność surówek, jest to po prostu element nieznany w czeskiej kuchni. Problem niedzieli rozwiązuje częściowo jedyna pizzeria dowożąca wegańską pizzę do domu. Pewnym problemem jest to, że wszystkie te miejsca, choć blisko centrum, nie znajdują się jednak w obrębie samego starego miasta (poza drogim Rebio), zatem jeśli się blisko nich nie mieszka lub pracuje, dostęp jest utrudniony. Żadna z tych restauracji nie dowozi jedzenia do miejsca, w którym pracuję.

Láďa Hruška

Dokonania tego pana były mi znane jedynie jako urban legend (brak dostępu do TV czasem jest problemem). Im dłużej mieszkam w Czechach, tym więcej uwagi poświęcam tutejszemu jedzeniu. Nie chodzi tylko o moją dietę - zorientowałam się, że jeśli chcę zaprowadzić tradycyjnych znajomych do miejsca, gdzie dobrze się gotuje, nie mam ich dokąd zabrać. Padniecie, jak zobaczycie, jak wygląda menu w stołówce pracowniczej wielkiej firmy AD 2014 (już niedługo).

W ostatnich latach TV zainwestowała w produkcje kulinarne. Ludzie chcieli oglądać kucharzy, podpatrywać triki i rozglądać się pani Wachowicz po kuchni. Czeska Nova nie pozostaje w tyle - zatrudniła kontrowersyjnego p. Hruškę na etacie kucharza. W tym roku wydał książkę kucharską (wyszła jakoś przed świętami), która utrwaliła podział na fanów i wrogów wyczynów kulinarnych owego jegomościa.

W czym rzecz?

Hruška gotuje tanio i ze składników dostępnych w każdym typowym czeskim domu. Czesi nie lubią mody w kuchni, co widać w restauracjach - jeśli wierzyć znajomym Słowakom - zupełnie innych niż u ich wschodnich sąsiadów z podobną kuchnią narodową. Co więcej, chęć oszczędzenia paru koron sprawia, że klienci często rezygnują z jakości - podobnie zresztą jak przedstawiciele innych postkomunistycznych krajów.
Zalecenia organizacji zdrowotnych nie znajdują większego oddźwięku w kuchni Ládi, który wesoło proponuje dzieciom słodycze z dwóch szklanek cukru i kostki masła. Jego przepisy to trochę jak Ćwierczakiewiczowa XXI wieku.
Láďa Hruška jest z pewnością oszczędny. Wykorzystuje, co tylko się da. Głównie mąkę, olej, mleko, cukier. Praktycznie nie proponuje warzyw. Ale jego przepisy to coś więcej... Przykłady? Proszę bardzo.
1. Zupa rzeźnicka zrobiona z jednej kaszanki, cebuli i dwóch ząbków czosnku. Tak. To już koniec :-)
2. Pizza ze spaghetti - makaron wymieszany z jajkami, zasypany słoniną i serem, zapieczony na patelni pod folią aluminiową.
3. Chipsy ze skórek z kurczaka (popieprzyć, upiec, posypać serem, poczęstować gości)
4. Oraz mój osobisty hit: nadziewane skóry z kurczaka, w środku chleb, jajko i parę przypraw.

Czy ludzie naprawdę gotują tak jak on? Częściowo tak, przysyłają do programu własne pomysły na dania i zdjęcia członków rodziny zajadających się tą wykwintną kuchnią. Pochlebne głosy na jego profilu na FB brzmią czasem aż nazbyt pochlebnie... Może z przewrażliwienia szukam już prowokacji wszędzie w internecie. Czy ludzie są tak biedni, że muszą uciekać się do przepisów za 5 zł, niezależnie od tego, z czego gotują? Nie sądzę, dużą rolę na pewno odgrywa jeszcze często postkomunistyczna mentalność. Wydaje mi się jednak, że w Polsce podstawą "biednego" jedzenia są warzywa, tu za to produkty uboczne przemysłu mięsnego i mąka. 
Antyfanów Láďa ma z pewnością wielu, są też w internecie głośniejsi. Ukuto już termin, którym podsumowuje się wyczyny kulinarne złej jakości, potencjalnie zresztą szkodzące zdrowiu (ser smażony z mikrofali jest wg lekarzy zlepkiem substancji rakotwórczych) - mawia się o typowych "hruškovinach".
Ja wiem, jak wygląda studenckie menu. Pastisz w wykonaniu Make Life Harder pokazywał wykwintność i pomysłowość polskich studentów. Kto nigdy nie zrobił sosu z serka topionego czy nudli z zupki chińskiej zalanych keczupem, niech pierwszy rzuci zgniłym jajem. Mnie szokuje, że przeniesiono to do telewizji, gdzie zarabia się na tym pieniądze i "edukuje" społeczeństwo. I mniejsza z tym, że telewizja Nova jest komercyjna.

Jego książka kucharska sprzedała się w 300 000 egzemplarzy.

O palaczach rok później

Rok temu mocno narzekałam na palaczy.

Wówczas jedynie wydawało mi się, że ludzie na ulicach palą więcej, okazuje się jednak, że Czesi naprawdę palą najwięcej w UE. Mają najniższy średni wiek pierwszego papierosa (9 lat!!! - a ja głupia miałam 16...), i 25 % palaczy w społeczeństwie. Pali się naprawdę wszędzie, np. w przejściach podziemnych, nawet w galeriach handlowych (na własne oczy widziałam!).
Ale też nie ma co się dziwić - tytoń jest łatwo dostępny, w niemal każdej herbaciarni można zapalić fajkę wodną, a prezydent kraju twierdzi, że palacze zaczynający po 27. r.ż. nie zachorują na raka płuc. O samym nowotworze płuc nie mówi się jeszcze w kategoriach alarmu chyba tylko dlatego, że wciąż jest na drugim miejscu za rakiem jelita grubego (witaj, wspaniałe czeskie jedzenie). Liczba zachorowań rośnie jednak nieubłaganie, a wielki skok dotyczy zwłaszcza kobiet.
Młodzi ludzie palą niesamowite ilości, choć znam kilku niepalaczy, ale ci mają powód - uprawiają sport. Nie ma medialnych kampanii mówiących o zwiększonym ryzyku utraty zdrowia. Nie wiem, jak dziewczyny godzą palenie z tabletkami antykoncepcyjnymi, ale tym tematem też mało kto się przejmuje. Kiedy opublikowano propozycję zakazania palenia w miejscach publicznych (zwłaszcza restauracjach), komentarze były niemal bezwyjątkowo negatywne. Argumentacja przebiegała na linii: to znów komunizm, odbieranie wolności obywateli, zwariowali w tej unii doszczętnie. Mam cichą nadzieję, że mimo to decydenci nie dadzą się skorumpować przez lobby tytoniowe i tę ustawę przegłosują. Jeśli się uda, od 2016 roku przestanę musieć prać wszystkie ubrania po każdej wizycie w knajpie.

Kuřáci

Czesi palą. Chyba bardziej niż Polacy, chociaż to trudno stwierdzić. W Polsce mocno dyskutowany zakaz palenia w miejscach publicznych jakoś się przyjął i tylko w ramach wyjątku ktoś czasem zapali w miejscu do tego nieprzeznaczonym. Dawno się nie spotkałam z paleniem pod wiatą przystankową czy w innej ograniczonej przestrzeni. Moi palący znajomi jeszcze przed zakazem odchodzili od tłumu o parę kroków, rozumiejąc, że nie każdemu ta woń może się podobać.
W Brnie tego nie ma. Jedna rzecz, że palić można wszędzie (aczkolwiek nie na przystankach i peronach), więc wyjście na piwo, grzane wino na jarmarku czy imprezę na pewno skończy się praniem całego zestawu ubrań i gorączkowym myciem włosów po powrocie do domu, ale inna, jak się pali w tłumie. Regularnie jestem owiewana na dużych węzłach przesiadkowych z kilku stron dymem papierosowym. Stoję między innymi, stoją między innymi i niczym nieporuszeni palacze. Palenie pod wiatą? Pewnie, standard. Na peronach? Jasne.
Muszę wyglądać strasznie śmiesznie, mówiąc na głos do siebie coś w stylu: "fu, ale śmierdzi", machając rękami i oddalając się od takiego delikwenta z tyčinkou na rakovinu.

Mieszkanie po czesku - współlokatorzy widmo

Założę się, że ten tytuł brzmi dziwnie tylko dla osób, które nigdy nie mieszkały w Czechach.
Serio - w Polsce JEST inaczej. Może dlatego, że większość studentów musi przejechać długą drogę, nim dostanie się do akademika czy swojego pokoju i szybko dają sobie spokój z nudnymi wieczorami u rodziców na rzecz ekscytującej przygody w Słoikowie Większym lub Mniejszym. Dla większości ze znanych mi ludzi studia oznaczały zmianę miejsca zamieszkania, zatem poszukiwanie szans na rozwój w nowym miejscu - pracy, kursów, szkół językowych etc. Może dlatego, że tu 100 km to duża odległość, a tych ponad 200 do Pragi wystarczy, by uważać Prażaków za inny naród z innym językiem.
Fakt jest taki: studenci znikają podczas weekendu z miasta, wracają dopiero niedzielnym popołudniem lub w poniedziałek rano. Osobiście znam studentów 5. roku, którzy pracują dorywczo w miejscu pochodzenia, mimo że równie zabawną pracę (typu: nalewanie piwa podczas meczów) mogą z powodzeniem znaleźć w 400-tysięcznej metropolii.
Po akademikach hula wiatr, zostają tylko cudzoziemcy - w tym część Słowaków, który organizują najlepsze imprezy weekendowe.
Podobnie jest u mnie, w zwykłym mieszkaniu - współlokator z lewej jeździ do domu najrzadziej raz na 10 dni. Ci z prawej są już dorośli i po studiach, więc za często nie wyjeżdżają (za to uprawiają sporo sportu - to też chyba typowe dla młodych Czechów).
Natomiast kontakt z nimi jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie mnie spotkały. Nie jestem niestety lwem salonowym, żebym się zaprzyjaźniała z przypadkowymi ludźmi, ale po raz pierwszy mieszkam z ludźmi, o których nie wiem nic: ile mają lat, co robią, skąd są, co lubią itd. Omijamy się maksymalnie, byle tylko nie trafić na ten sam moment w kuchni. Wszyscy milcząco akceptują porządek sprzątania, każdy ma swoje "zwyczajowe" pory pewnych czynności i po prostu nie wchodzimy sobie w drogę. Czworo dorosłych ludzi. :-) We Wrocławiu drzewiej więcej wiedziałam o tych współlokatorach, których nie cierpiałam.
Kazik mógłby napisać czeską wersję "můj dům, moje pevnost".

Wiosna w Brnie

Od dawna ciągnęło mnie w stronę morawskiej metropolii i zaczynam czuć potrzebę posegregowania doświadczeń z życia tutaj w jakieś tematyczne całości. Niewiele mnie już dziwi na co dzień, nadal jednak trafiam na elementy, które wywołują szeroki uśmiech na twarzy. Poznawanie kultury weszło w tryb nawykowy i dość systematyczny, co jest pewną nowością w stosunku do polskiej fazy nieustających odkryć. Posesyjne dni powinny temu zadaniu sprzyjać. 

Brno jest kolejnym z moich czeskich przystanków, mieszkam tu od września zeszłego roku, odwiedzam uczelnię i różnych pracodawców, i próbuję umościć sobie coś na kształt wygodnego lądowiska. W perspektywie kolejny rok, zatem i wydarzeń się trochę nazbierało. 

Jen do toho!

Leoš aneb tvá nejvěrnější

(Leoš a já, Štramberk 2011)

Trochę ponad miesiąc po kursie wybrałam się na polecany przez moją lektorkę spektakl w teatrze Husa na Provázku o tytule jak w nazwie notki. Recenzja będzie absolutnie nieprofesjonalna. :)

Z czeskim i morawskim teatrem nie mam wiele wspólnego. Kultura teatralna w Czechach jest jednak zupełnie inna niż w Polsce - każde miasto ma jakąś scenę amatorską, półprofesjonalną czy profesjonalną. Czesi do teatru chodzą chętnie i często, bilety na Leosza trzeba było rezerwować na miesiąc przed spektaklem. Szczygieł do tego dodał, że Czesi chodzą wyłącznie na komedie, bo teatr postrzegają jak rozrywkę, ale opowieść o Janaczku bynajmniej do komedii nie należała.
Inscenizacja Milana Uhdego, wielokrotnie nagradzanego za różne spektakle, była po prostu świetna. Trzygodzinna historia przedstawiająca pełną ironii historię miłości większych i mniejszych uznanego kompozytora, wielbionego za twórczość, niekoniecznie zaś za osobowość. Widzimy życie choleryka, despoty, który na różnych etapach w rozmaity sposób próbuje zapewnić sobie szczęście osobiste. I kiedy już - na starość - wydaje mu się, że znalazł tę prawdziwą, wspaniałą miłość - zaziębia się w sztramberskim lesie i chwilę później umiera. Wydaje się, że nie miał świadomości, że jego Kamilką sterował mąż, marzący o spadku po kompozytorze. Sam maestro w każdym razie też pięknie nie postępował z poprzednimi swymi kobietami: żonę (podetkniętą mu przez kochankę - matkę tej dziewczyny) unieszczęśliwił, od nauczycielki śpiewu uciekł, międzynarodową śpiewaczkę gwałtem chciał wziąć. Sztramberski koniec spektaklu ironicznie zagrał i z moją historią, przez co myśli nasunęło mi się kilka powracających i potem kwestii oraz pytań: czy to, co światu dajemy, naprawdę nam oddaje (nie przypuszczam, że z taką tezą reżyser prowadził tę historię, ale myśl mi się nasunęła); z jakich właściwie powodów ludzie są ze sobą - z pożądania, chwilowej fascynacji, miłości? Czy idealna - ostatnia - miłość Janaczka była mniej realna przez to, że istniała wyłącznie po jego stronie? Wykreowana przez reżysera Kamila wcale umiejętnie nie grała zainteresowania. Czy prawdziwe były uczucia zdradzanej żony? Tu pojawia się jeszcze inaczej wyprofilowane pytanie: co z tytułową wiernością, która w trakcie spektaklu pojawia się kilkukrotnie? Była mu najwierniejsza Kamila, czy może niedoceniona żona, znosząca przez całe życie upokorzenie życia z despotycznym, nielubiącym jej mężem? Bardzo dobrze oddał reżyser złożoność relacji międzyludzkich, cieszę się z braku czarno-białych rozwiązań i klisz. Każdy, mam wrażenie, mógł wynieść ze spektaklu to zagadnienie, które zajmuje go najbardziej.
Dodać do tego muszę, że przestrzeń jest skonstruowana interesująco: widzowie siedzą po obu stronach sceny, która znajduje się na środku sali i jest długim stołem, przy którym zmieniają się aktorzy i sceneria. Widz zagląda do salonów kolejnych mieszkanek życia Janaczka i zostaje dopuszczony do niepięknej strony jego życia. Życie z kolei jest pokazywane jako epizody odpowiadające na kłótnie trzech "znawców" o to, jak wiele emocji zawarł Janaczek w swojej twórczości. Odpowiadające, na szczęście, niejednoznacznie.

I ostatni akcent tej recenzji: Muzyka spektaklu... Miloš Štědroň dostał za tę muzykę nagrodę Alfréda Radoka, genialna skrzypaczka Gabriela Vermelho pojawiająca się na na widowni przy każdym epizodzie -   wbija w (dość niewygodne) krzesło. Każdy detal został opracowany tak, że aktorzy zasłużenie wychodzili 4 czy 5 razy na scenę. :) 

Wracam do Brna w pierwszym możliwym terminie na Baladu pro banditu, także Uhdego. :)

Intenzivní kurz - Brno 2012

Wybrałam się na dwutygodniowy kurs języka czeskiego w Brnie. Wielokrotnie zachęcano mnie do nauki w tym mieście, ponieważ istniejąca tam bohemistyka dla cudzoziemców przewyższa (zdaniem znawców) tę praską i pozwala naprawdę pomóc swojej czeszczyźnie. Kurs zimowy, który odbywa się zawsze na przełomie stycznia i lutego, kosztuje dużo mniej niż miesięczna Letnia szkoła studiów słowiańskich (w tym roku 5100 koron bez noclegu vs 1300 euro z noclegiem). Nie kalkulowałam długo, możliwość spędzenia sesji egzaminacyjnej (w tym roku był to jednocześnie czas przerwy semestralnej) na terenie Moraw była niesamowitym wabikiem.
Po teście wstępnym trafiłam do małej grupy o największym stopniu zaawansowania. Gdyby to była Letnia szkoła, byłabym w grupie wyżej, mając niecałe 30 błędów na owym teście w porównaniu do średnio 65-70 pozostałych. Mimo to zajęcia były bardzo interesujące, wypisałam sobie z kursu kilkaset nowych słów, przede wszystkim ćwiczyliśmy słowotwórstwo, aspekt czasownika i różnice w zakresach semantycznych synonimów. Nie wszystkie teksty opracowałam do dziś, a to już prawie dwa miesiące... (wstyd). Materiału ogrom. Codziennie 5h zajęć, w ciągu 10 dni musieliśmy oddać 5 esejów na zadane tematy, do tego powtórki i nowe zagadnienia. Powtórek, jak na moje tempo, może nawet zbyt dużo, jednak innym były potrzebne. Pod względem merytorycznym czuję się absolutnie zaspokojona i sposób, w jaki zajęcia prowadziła polecana mi lektorka - Lea - bardzo mi odpowiadał. 
Kurs przekonał mnie, że warto spróbować jeszcze raz dostać stypendium tejże bohemistyki, motywacja do zdobycia go wzrosła kilkukrotnie. To, jak szybko można się przestawić na myślenie w obcym języku, gdy się jest poddawanym stałym bodźcom w tym zakresie, jest dla mnie niesamowite i budujące. Moja pewność siebie jako początkującej tłumaczki wzrastała właściwie każdego dnia. :) 

Jeśli chodzi o zysk z kursu, nie tylko mój czeski został dopieszczony. Po raz pierwszy dowiedziałam się czegoś o krajach byłej Jugosławii, języku serbskim i tamtejszej kulturze. Czytam teraz Most na Drinie Iva Andricia i zachwycam się Bałkanami. Ale na trzecie studia już nie pójdę. 
Poznałam również przesympatyczną Koreankę, która kocha Polskę bardziej niż jakikolwiek znany mi Polak. Jej podejście do naszej historii i ujęcie kontrastywne z Koreą warte są osobnej notki, która niedługo powstanie. 

Podsumowując kwestię kursu: jeśli ktoś się zastanawia - warto. Na rozgadanie się, zautomatyzowanie reakcji, rozruszanie słownictwa. Nie polecam osobom, które już czują się na poziomie zaawansowanym. Mogą nie trafić do grupy na swoim poziomie i zbyt się nudzić. Wydaje mi się, że za rok zimowy kurs nie będzie miał już dobrej oferty dla mnie, a - co mnie zachwyca i zaskakuje - czeskiego uczę się (bądź co bądź na tyle intensywnie, na ile mam czas) niecałe 3 lata. 

Vojna polsko-polská

Tak podpisano aferę z krzyżem w Literárních Novinách.

Poczytać można tu, jeśli komuś sprawy jeszcze mało.

Można oczekiwać od zagranicznej gazety, że do ciekawostki obyczajowej podejdzie z powagą, gdy nawet nasze media powagi nie potrafią w temacie zachować? Wielokroć informacje z innych krajów u nas są przekazywane w sosie lekkim i przyjemnym, by przyciągnąć uwagę czytelnika.
Artykulik nic moc, wart zauważenia tylko dlatego, że zauważył. Wypunktowanie najlepszych haseł spod pałacu prezydenckiego, wspomnienie o komunizmie, którego widmo (duch?) wciąż krąży po tej części Europy.
Smutno trochę, że zauważono konflikt "prawdziwych Polaków" i "anty-Polaków", wymyślony i ciągnięty przez tych pierwszych.
Surrealistyczny klimat protestu przeciwko ustanowienia kolejnego roku rokiem Miłosza, bo to anty-Polak był - jak to wytłumaczyć za granicą, gdzie widzą Noblistę, uznanego poetę, a nie bohatera jakichś (sama nie wiem, jakich) antypolskich zachowań. W poszukiwaniu informacji o protestującej posłance dobrnęłam na jej stronę oficjalną, a tam mnie w ogóle zatkało, więc milknę na dziś, gdyż tu o Czechach, nie Polsce powinnam spostrzeżenia umieszczać.

Zasłyszane na Śnieżce

Gdy wdrapałam się na szczyt, co nie zdarzyło mi się od lat już niemalże nastu, z trudem łapiąc oddech, oglądałam panoramę Kotliny Jeleniogórskiej i przysłuchiwałam się rozmowie grupy Czechów siedzących tuż za mną. Czechów na Śnieżce było mnóstwo, zapewne z powodu ich jedynego długiego weekendu w roku (4 dni) i kolejki linowej na sam szczyt, której braku żałowałam wspinając się z mozołem. ;)
Jeden ich dialog zapadł mi w pamięć:
(podchodzi Polak z aparatem)
- Zrobicie mi zdjęcie?
(Czesi) - yyy?
- No, zdjęcie - wyciąga aparat.
- Yhm...
- A nie, to pod słońce jest, to problem - zabiera się i idzie.
(Czesi do siebie) - Jaki problem? Chyba taki, że nie rozumiem polskiego.

I za chwilę:
- Mnóstwo tu Polaków, nie?
- Skąd oni się wzięli? (diabeł nasłał)
- Ej, to gdzieś blisko jest granica? (tak, przekroczyli ją dwa kroki temu)

Uśmiechnęłam się do siebie i zapatrzyłam w Karpacz w dole.

Zasłyszana obserwacja (o ile takie połączenie słów w języku istnieje): Na polskich szlakach oznacza się odległości czasem przejścia (na moje - po to, by nie wystraszyć turystów kilometrażem), czeskie oznakowane są właśnie kilometrami do celu.

Czy Czesi lubią naszą literaturę?

Artykuł dosłownie sprzed chwili. Krótka recenzja tegorocznego Světu knihy w Wyborczej.

- Można by wyróżnić kilka kategorii polskich pisarzy w Czechach, ale Wisława Szymborska jest poza wszystkimi - twierdzi Maciej Ruczaj z Polskiego Instytutu w Pradze. - W jej przypadku działa oczywiście magia literackiej nagrody Nobla. Po raz pierwszy zresztą laureat tego wyróżnienia był obecny na targach, a to już 16. edycja. Jest też jednak kategoria polskich autorów szalenie w Czechach popularnych, na spotkanie z którymi zawsze przyjdą tłumy - niezależnie od tego, czy wydali ostatnio książkę, czy nie. Mógłbym właściwie powiedzieć jedno nazwisko: Andrzej Sapkowski.

źródło