Viktor Dyk

My víme, co chceme
Nechceme nic
Toho také dosáhneme

Początki

O mojej licealnej matematyczce wiele można by opowiadać, na pewno jednak nie cechowała się doskonałą znajomością wykładanego materiału. Dziś, gdy dopłynęła do mnie refleksja prowadzącego o uproszczeniach grup spółgłoskowych, przypomniałam sobie manierę tejże pani, która to maniera potrafiła nam zapewnić dobry humor przez całą lekcję.
Regularnie odbywaliśmy wycieczki za południową granicę i szukaliśmy pierwiastka z Czech. Dotarłam do źródeł! Eureka (i wcale nie potrzebowałam wanny do odkrycia)! Gdy ktoś zapyta mnie, dlaczego bohemistyka i skąd taki pomysł po kilku latach studiów w języku ojczystym, z czystym sumieniem będę mówić, że to z miłości do matematyki.

Ostravo, Ostravo...

Była konferencja, było krasne, zelene mesto, referat, piw trzy rodzaje, rozmowy po czesku od rana po wieczór, spotkania z nadzieją na ciąg dalszy, tradycyjnie już spóźniony pociąg i powrót dwa razy dłuższy od zamierzonego.

Wroc(już)love

Zapuściliśmy się z blogaskiem, a przecież snu jeszcze nie koniec (już nigdy nie koniec? jakaż to radość dla osoby tak uwielbiającej spać, jak ja!).
Sesja trwała długo, skończyła się w połowie lutego pełnym zwycięstwem. Radośnie wpisałam się na drugi semestr obu kierunków i rozpoczęłam pielgrzymkę między wrocławską Pocztową i wrocławskim placem Nankiera - też dobry punkt, mam na pamięci plan przejścia Camino.

Zebranie formalności powyjazdowych trochę trwało, potrzebowałam odgrzebać wszystkie wersje Learning Agreement, Changes, kontaktu, potwierdzeń pobytu na uczelni zagranicznej i intensywnym kursie w Krnovie (jak wiele się tam nauczyłam, widzę dziś na zajęciach). Wypełniłam dwie ankiety, wydrukowałam tonę papierów, zaniosłam, podpisałam i zakończyłam ten rozdział. Jeszcze rozmowa z koordynatorką - zaproponowała praktyki studenckie w ramach Erasmusa, postaramy się wspólnie o Czechy. (:
Dwa kursy polonistyczne powtórzę w przyszłym semestrze i mam nadzieję, że zmieszczę się ze wszystkim czasowo.

Wycieczka do Ostravy w lutym zaowocowała odzyskaniem skradzionego telefonu (czeska policja znajduje takie rzeczy! jeśli macie gdzieś stracić swoją własność, zróbcie to w Czechach!), kupieniem Slovníka spisovné češtiny i lektury na czas wolny - Michaela Viewegha "Baječná leta pod psa".
Wybrałyśmy się z Olą w mroźny dzień przetestować alternatywną drogę do naszej Mekki i o ile przejazd w tamtą stronę się udał bez większych problemów (autobus do Głuchołazów, pociąg do Ostravy), o tyle powrót był koszmarem - gdy uciekł nam w tych Głuchołazach ostatni autobus do Wrocławia, czekałysmy ponad godzinę na kolejny, który nie przyjechał i w końcu w jakiś opolski udało się nam wsiąść. W Opolu bieg na pociąg i po prawie 7 godzinach stanęłyśmy na wrocławskim PKP. Takie rzeczy tylko latem.

No i znów, nim niewiele wody w Odrze upłynie, wybieram się do Ostravy. Zorganizowali międzynarodową konferencję studencką, na której chcę zaprezentować projekt mojej pracy magisterskiej. Jest to część szeroko zakrojonego planu podnoszenia własnej wartości na rynku nauki polskiej, a czy się uda i jak uda - czas pokaże.

Zmęczona wracam wieczorami do domu, a i tak cieszę się (niesamowicie!) z kształtu, jaki ten rok przybiera.

Wroc(nie)love

Zaczynam leciutko żałować. Na razie tylko tak, gdy słucham o wydarzeniach minionego semestru na obu moich kierunkach i gdy czuję się nieco odosobniona wśród bohemistów. I, kto wie, czy nie bardziej, gdy już napiszę zaliczeniowe prace, kolokwia, zdam egzaminy - okazało się bowiem, że właściwie wszystko jest do powtórki, nie da się inaczej. Grzęznę w teorii literatury (pewne rzeczy - powtarzam za Anią - się nie zmieniły od pierwszego roku) na zmianę z Klemensiewiczem, który zginął - zdaniem wielu - zbyt późno, przynajmniej tragicznie.
Odpoczywam właśnie od "Retoryki" Fisha, czas wracać do kolejnych tekstów. Jedno jest pewne, w styczniu nudy nie poczuję. :)

Zpátky

Już w dzień po powrocie żałowałam, że jednak nie postanowiłam spędzić "świąt" w Czechach.
spes mater stultorum

Udało się zaliczyć wszystko na A, kilka wpisów czeka na styczeń, jedno potwierdzenie na luty, będzie oficjalny koniec. Tymczasem terminarz pęka w szwach od terminów egzaminów polonistycznych i bohemistycznych, konsultacji, Bardzo Ważnych Spraw Biurowych.
Ostatnia prosta, cieszę się z powrotu w wir spraw płynących swoim torem.

Policie

Pobyt w Ostravie zakończyła w moim przypadku wizyta na czeskim komisariacie policji w związku z moją komórką. Gdy po długich trudach znaleźliśmy jakiś (oznaczenia w mieście są do kitu), weszłam i zakomunikowałam, że chcę zgłosić kradzież. Trzech panów wyszło popatrzyć i posłuchać tego, co mówię. Opisałam sytuację (po czesku!), poproszono mnie, bym usiadła i poczekała. Po chwili przyszedł policjant i zaprosił na górę. Spędziłam z nim miłą godzinę. ;) Zapytana o dowód osobisty zaznaczyłam, że nie jestem Czeszką, na co ten zdziwił się dość mocno i spytał, czy nie chcę tłumacza. Nie chciałam, stwierdziłam, że się zrozumiemy. Pokazałam mu przywiezione przez rodziców mi pudełko i dowód zakupu aparatu, zapytałam, co chcą zrobić.
Wielkie pierwsze zdziwienie: będą go szukać!
Do tej chwili byłam przekonana, że chcę tylko policyjny papier i blokadę IMEI. Teraz mówią mi, że będą szukać telefonu, złodzieja i zamierzają mi ten telefon oddać! Wyjaśniono mi też, że jeśli nie znajdą aparatu, sami zablokują IMEI, więc naprawdę nie muszę niczego już robić - tylko dać im czas na działania.

Gdy miałam wątpliwą przyjemność wizytowania polskiego komisariatu, potraktowano mnie zupełnie inaczej. Słyszałam też same złe rzeczy o czeskiej policji, tymczasem mam swój papier, swoją obietnicę, ogólnie - zadowolona jestem.

Na koniec zapytałam z ciekawości, co by było, gdybym chciała skorzystać z usług tłumacza. Nie wyszłabym stamtąd w ciągu godziny, prawdopodobnie nawet nie w ciągu trzech. Nie mieliśmy tyle czasu, więc bardzo, straszliwie ucieszyłam się z wymiernej korzyści, jaką dała mi nauka języka przy każdej możliwej okazji.