Kącik melomana - jesienna depresja

Czemu z czeskiej muzyki znamy tylko Nohavicę i Vondráčkovą? Złośliwa odpowiedź brzmi: bo trudno znaleźć ciekawego, co nie jest Karlem Gottem. Idol nastolatek, Tomáš Klus, pochodzący gdzieś z okolic Cieszyna, to po prostu chłopaczek z popową gitarką, co sprawia, że mnie - fance konkretnych brzmień - w ogóle nie rusza. Ale przecież nie jest tak, że całkiem nic nie ma.

Na jesień mała depresyjka: Mňaga a žďorp, którzy według wikipedii zajmują się rockiem alternatywnym, czyli kapela działająca przede wszystkim w latach 80. i 90. Ciekawostka: Mňaga a žďorp byli bohaterami fabularyzowanej mistyfikacji Petra Zelenki, podobnie jak zrobił to w dość znanym w Polsce Roku Diabła z Nohavicą i Čechomorem.
Hodinový hotel, czyli hotel na godziny.

Mieszkanie po czesku - level hard

Kiedyś przychodzi ten dzień, kiedy opuszcza się progi złodziejskiego akademika (w Brnie za pokój dwuosobowy życzono sobie 3600 koron + 50 koron za komputer w pokoju + 130 koron za internet + 30 koron za każde pranie - łącznie wychodziło ok. 4000 koron za wątpliwej przyjemności przygodę ze współlokatorką i jedną kuchnią na piętrze). Dla porównania w Ostrawie koszt wynajmu dwuosobowego pokoju wynosił 1600 koron.
Znalazłam tani pokoik na końcu świata. Pierwsze zaskoczenie: właścicielka pojawia się, by podpisać umowę, wręczam kaucję, umowę spisujemy, czytamy, dyskutujemy poszczególne punkty i okazuje się, że będzie odprowadzać za mnie podatek. Jupi, pierwszy raz w ciągu 7 lat tułaczki po różnych miejscach. 
Drugie zaskoczenie: do mojego wysokiego bloku prowadzi troje drzwi. Jedne od piwnicy, dwoje od frontu. Sęk w tym, że domofon otwiera tylko jedne z tej trójki - i to właśnie te, którymi dostać do środka się nie da. Gość musi poczekać w przedsionku ze skrzynkami na listy aż ktoś zejdzie i otworzy mu drzwi na dole. Poczta, pizza, zakupy na telefon, cokolwiek i ktokolwiek - ma-sa-kra. Mieszkam na 11. piętrze, winda dojeżdża do 10., więc wycieczka za gościem trwa niezłą chwilę.

A, właśnie - skrzynki na listy. Kiedy zakładałam konto w banku, kurier przybiegł do mnie na górę (po wielu perypetiach). Na szczęście był tak miły, że wspomniał, że jeśli nie nakleję swojego nazwiska na skrzynkę pocztową, to karta do mojego konta nie przyjdzie, bo listonosz nie wrzuci koperty tylko na podstawie numeru mieszkania. 
Z nazwiskami wiąże się kolejna sprawa: domofony. Przyciski nie występują w kolejności mieszkań, tylko losowo. Żeby wiedzieć, dokąd zadzwonić, trzeba znać nazwisko na domofonie - u nas jest to właściciel, ale widziałam już nazwiska wszystkich lokatorów łamane kreską. Kiedy skarżyłam się na to znajomemu, twierdząc, że u nas jest prościej: numer wystarczy, żeby się zorientować do kogo i gdzie, stwierdził, że czeski system jest dużo lepszy, bo nie pozwala złodziejowi się zorientować, które mieszkanie zajmuje jego obiekt.
Nie przekonał mnie. Samo to, że nazwisko daje sporo informacji o osobie. Nasze skrzynki pocztowe wyglądają jak odbicie sytuacji społecznej dzielnicy: nazwiska rodzinne (Novakovi), nazwiska singli (Novak), nazwiska czworga współlokatorów - jak u mnie. Zupełnie niechcący dowiedziałam się, że ten inżynier z 10. piętra (bo nawet tytuł miał na wizytówce!) rozstał się ze swoją dziewczyną, gdy piękną graficzną wizytówkę zastąpił pasek taśmy klejącej z ręcznie napisanym pojedynczym już nazwiskiem. A ja po prostu mijam czasem jego drzwi...

Ostatnia ciekawostka - nigdy w Polsce nie widziałam w akcji materiału zwanego umakartem. Jest to tworzywo sztuczne w kolorze ciemnego drzewa, z którego masowo robiono w Czechach łazienki i toalety. Efekt piorunujący, wrażenie wchodzenia do szafy na siku gratis. Poglądowe fotki wrzucam z internetu - nasza na szczęście wygląda czyściej :-)


źródła: blesk.cz, svet-bydleni.cz

Donšajni - bajeczka na dobranoc

Po czeskiej stronie tak samo, jak u nas. Państwowe fundusze dostają bądź znajomi rozdających, bądź znane nazwiska. Podejrzewam, że właśnie tak zadziałało przyznanie wsparcia na nowy film Jirego Menzla, jako że niełatwo jest autorytetowi rzec, że król jest nagi, a scenariusz co najmniej słaby. Nie znam twórczości tego pana poza dwoma ekranizacjami Hrabala. Czeskie recenzje stwierdzają, że to właśnie brak podpory w pisarzu, który poradziłby sobie z fabułą, stanowi poważny problem Donšajnów. Bo że Menzel dobrym scenarzystą nie jest, dowiadujemy się bardzo szybko. 
Inny czeski zarzut w stronę filmu powtarza problem starzenia się reżyserów, którzy w pewnym momencie swoją zawoalowaną autobiografią chcą się rozliczyć ze światem, co może interesuje pięciu ich znajomych i byłe kochanki, ale niekoniecznie wystarczy do zadowolenia widza. 

Tytułowi donšajni to czeska wersja naszych polskich donżuanów, panów pojawiających się i znikających z pierwszym powiewem nudy w długich, kilkutygodniowych relacjach. Fabułę obrazu można by streścić do dwóch opowieści: o reżyserze operowym, który twierdzi, że nie przepada za operą, ale kocha sopranistki (więc wszystkie panie z filmu trafiają do jego łóżka i pod jego prysznic), oraz o amatorskiej nauczycielce śpiewu, która kiedyś dawno z jednym donšajnem zaszła w ciążę, a dziś zajmuje się amatorskim sprawianiem cudów w lokalnej społeczności. Historyjki podane są lekko, z uśmiechem i całkowitym pominięciem realiów; cztery pokolenia samotnych matek doskonale sobie radzą z rzeczywistością, donšajn po latach wraca do Czech i postanawia ożenić się z dawną miłością... Można by tak dalej. Niestety, to za mało na obraz pełnometrażowy. Kwestie są często drewniane, a uparte dopowiadanie żartów przez bohaterów przywodzi widza do stanu: tak słabe, że aż śmieszne. Jeszcze element najważniejszy - przecież tak długi film wymaga wypełnienia - a tym są próby do wystawienia opery Don Giovanni, szczególnie ważnej dla Czechów (jako że swoją premierę miała w Pradze, gdy Mozart stwierdził, że tylko Czesi świetnie rozumieją jego muzykę). Przepychanki między śpiewakami, świetna muzyka i śpiew pomogły mi - chętnie chodzącej do opery - przetrwać inaczej dość męczący seans. Takiej dawki naiwności nie powstydziłby się żaden ze słabych filmów dla dzieci.

I tylko na zupełne zakończenie: jeśli Donšajni wejdą do polskich kin, mają większe szanse na sukces niż w Czechach, tak jak to się stało z ostatnim filmem Hrebejka - Święta czwórca. Co dla nas jest egzotyczne (opera w małym miasteczku czy bezpretensjonalne sceny z życia seksualnego reżysera), to w Czechach, w zalewie ostatnio nie najlepszych filmów, zupełnie nie ma szans się przebić. Jest to jednak pewna różnica poziomów, gdy w Polsce słabe kino polega na filmowaniu wyjazdów integracyjnych z dużą ilością alkoholu i rzygania, a w Czechach toczy się wokół opery. 
A na tego Don Giovanniego w końcu muszę się kiedyś wybrać. 

Wiosna w Brnie

Od dawna ciągnęło mnie w stronę morawskiej metropolii i zaczynam czuć potrzebę posegregowania doświadczeń z życia tutaj w jakieś tematyczne całości. Niewiele mnie już dziwi na co dzień, nadal jednak trafiam na elementy, które wywołują szeroki uśmiech na twarzy. Poznawanie kultury weszło w tryb nawykowy i dość systematyczny, co jest pewną nowością w stosunku do polskiej fazy nieustających odkryć. Posesyjne dni powinny temu zadaniu sprzyjać. 

Brno jest kolejnym z moich czeskich przystanków, mieszkam tu od września zeszłego roku, odwiedzam uczelnię i różnych pracodawców, i próbuję umościć sobie coś na kształt wygodnego lądowiska. W perspektywie kolejny rok, zatem i wydarzeń się trochę nazbierało. 

Jen do toho!

Czeskie klimaty

Krążę wokół Czech od dłuższego czasu, pochwalę się więc nowym internetowym miejscem. :)

www.czeskieklimaty.pl   -   i profil na facebooku: https://www.facebook.com/CzeskieKlimaty

Księgarnia internetowa, cóż tu pisać, by nie popaść w banały? Chcemy, by to było podstawowe miejsce dla osób zainteresowanych Czechami. Na razie są książki, ale będzie i film, i muzyka, i gadżety. Reklamujemy się i reklamujcie nas - wybijamy się na internetową niepodległość. Zapraszam!


Różnice, różnice

Powiedziała mi to Katarzyna, sprawdziłam na sobie.

Rozmawiałam ostatnio z parą znanych mi Czechów o religiach i wegetarianizmie, czyli dwóch najbardziej zajmujących mnie tematach. Ponieważ pojawił się temat adwentystów, zaczęłam się śmiać stwierdziwszy, że ci są przynajmniej wegetarianami, dzięki czemu lubię ich trochę bardziej od reszty chrześcijańskich denominacji. Oczywiście pojawiło się pytanie, czy jestem wegetarianką, na które odpowiedziałam twierdząco, i czekałam na szereg pokpiwań połączonych z przekonaniem, że mięso ma wszystko, co potrzeba, a czego rośliny mi nie dadzą. 
Usłyszałam: "to z powodu wiary?"
Znów się roześmiałam, odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że raczej z powodu ideologii, ponieważ wierząca nie jestem. Wyjaśniłam, że przemysł mięsny mnie odrzuca i nie chcę go wspierać. I westchnęłam, że w Czechach wegetarianom i weganom jest znacznie łatwiej...
No i właściwie na tym się skończyła rozmowa. 

Dziwne uczucie - tak przyzwyczaiłam się do tej dyskredytacji, że to jej brak odczułam jako coś niezwykłego. 

Leoš aneb tvá nejvěrnější

(Leoš a já, Štramberk 2011)

Trochę ponad miesiąc po kursie wybrałam się na polecany przez moją lektorkę spektakl w teatrze Husa na Provázku o tytule jak w nazwie notki. Recenzja będzie absolutnie nieprofesjonalna. :)

Z czeskim i morawskim teatrem nie mam wiele wspólnego. Kultura teatralna w Czechach jest jednak zupełnie inna niż w Polsce - każde miasto ma jakąś scenę amatorską, półprofesjonalną czy profesjonalną. Czesi do teatru chodzą chętnie i często, bilety na Leosza trzeba było rezerwować na miesiąc przed spektaklem. Szczygieł do tego dodał, że Czesi chodzą wyłącznie na komedie, bo teatr postrzegają jak rozrywkę, ale opowieść o Janaczku bynajmniej do komedii nie należała.
Inscenizacja Milana Uhdego, wielokrotnie nagradzanego za różne spektakle, była po prostu świetna. Trzygodzinna historia przedstawiająca pełną ironii historię miłości większych i mniejszych uznanego kompozytora, wielbionego za twórczość, niekoniecznie zaś za osobowość. Widzimy życie choleryka, despoty, który na różnych etapach w rozmaity sposób próbuje zapewnić sobie szczęście osobiste. I kiedy już - na starość - wydaje mu się, że znalazł tę prawdziwą, wspaniałą miłość - zaziębia się w sztramberskim lesie i chwilę później umiera. Wydaje się, że nie miał świadomości, że jego Kamilką sterował mąż, marzący o spadku po kompozytorze. Sam maestro w każdym razie też pięknie nie postępował z poprzednimi swymi kobietami: żonę (podetkniętą mu przez kochankę - matkę tej dziewczyny) unieszczęśliwił, od nauczycielki śpiewu uciekł, międzynarodową śpiewaczkę gwałtem chciał wziąć. Sztramberski koniec spektaklu ironicznie zagrał i z moją historią, przez co myśli nasunęło mi się kilka powracających i potem kwestii oraz pytań: czy to, co światu dajemy, naprawdę nam oddaje (nie przypuszczam, że z taką tezą reżyser prowadził tę historię, ale myśl mi się nasunęła); z jakich właściwie powodów ludzie są ze sobą - z pożądania, chwilowej fascynacji, miłości? Czy idealna - ostatnia - miłość Janaczka była mniej realna przez to, że istniała wyłącznie po jego stronie? Wykreowana przez reżysera Kamila wcale umiejętnie nie grała zainteresowania. Czy prawdziwe były uczucia zdradzanej żony? Tu pojawia się jeszcze inaczej wyprofilowane pytanie: co z tytułową wiernością, która w trakcie spektaklu pojawia się kilkukrotnie? Była mu najwierniejsza Kamila, czy może niedoceniona żona, znosząca przez całe życie upokorzenie życia z despotycznym, nielubiącym jej mężem? Bardzo dobrze oddał reżyser złożoność relacji międzyludzkich, cieszę się z braku czarno-białych rozwiązań i klisz. Każdy, mam wrażenie, mógł wynieść ze spektaklu to zagadnienie, które zajmuje go najbardziej.
Dodać do tego muszę, że przestrzeń jest skonstruowana interesująco: widzowie siedzą po obu stronach sceny, która znajduje się na środku sali i jest długim stołem, przy którym zmieniają się aktorzy i sceneria. Widz zagląda do salonów kolejnych mieszkanek życia Janaczka i zostaje dopuszczony do niepięknej strony jego życia. Życie z kolei jest pokazywane jako epizody odpowiadające na kłótnie trzech "znawców" o to, jak wiele emocji zawarł Janaczek w swojej twórczości. Odpowiadające, na szczęście, niejednoznacznie.

I ostatni akcent tej recenzji: Muzyka spektaklu... Miloš Štědroň dostał za tę muzykę nagrodę Alfréda Radoka, genialna skrzypaczka Gabriela Vermelho pojawiająca się na na widowni przy każdym epizodzie -   wbija w (dość niewygodne) krzesło. Każdy detal został opracowany tak, że aktorzy zasłużenie wychodzili 4 czy 5 razy na scenę. :) 

Wracam do Brna w pierwszym możliwym terminie na Baladu pro banditu, także Uhdego. :)