Zasłyszane na Śnieżce

Gdy wdrapałam się na szczyt, co nie zdarzyło mi się od lat już niemalże nastu, z trudem łapiąc oddech, oglądałam panoramę Kotliny Jeleniogórskiej i przysłuchiwałam się rozmowie grupy Czechów siedzących tuż za mną. Czechów na Śnieżce było mnóstwo, zapewne z powodu ich jedynego długiego weekendu w roku (4 dni) i kolejki linowej na sam szczyt, której braku żałowałam wspinając się z mozołem. ;)
Jeden ich dialog zapadł mi w pamięć:
(podchodzi Polak z aparatem)
- Zrobicie mi zdjęcie?
(Czesi) - yyy?
- No, zdjęcie - wyciąga aparat.
- Yhm...
- A nie, to pod słońce jest, to problem - zabiera się i idzie.
(Czesi do siebie) - Jaki problem? Chyba taki, że nie rozumiem polskiego.

I za chwilę:
- Mnóstwo tu Polaków, nie?
- Skąd oni się wzięli? (diabeł nasłał)
- Ej, to gdzieś blisko jest granica? (tak, przekroczyli ją dwa kroki temu)

Uśmiechnęłam się do siebie i zapatrzyłam w Karpacz w dole.

Zasłyszana obserwacja (o ile takie połączenie słów w języku istnieje): Na polskich szlakach oznacza się odległości czasem przejścia (na moje - po to, by nie wystraszyć turystów kilometrażem), czeskie oznakowane są właśnie kilometrami do celu.

Karel Havlíček Borovský

Indiferentský

O stálost a věrnost
nepodej v rozpaky
miluj, holka, všechny
a mne miluj taky.

Dešt' na všechny padá
slunce všechněm svítí
nechci tě, má milá
sám jediný míti.

Wypowiedzmy wojnę Czechom...

...i im się poddajmy

Taką grupę założył ktoś na Facebooku. Do dziś zapisało się prawie 4,5 tys. ludzi.
Założenie jest proste: naprawilibyśmy problemy Polski rozwiązaniami Czechów, napili dobrego piwa, zapalili dobre (?) zioło, poderwali Czeszki. A w zamian dostęp do morza, z którego mogą się Czesi ucieszyć. Minusów nie zauważono. Na grupowej tablicy odzywają się zarówno Czesi, jak Polacy i panuje wesoła atmosfera wzajemnego zrozumienia.
Szczególnie cieszą mnie komentarze na temat stanu kolei w Polsce: Czesi dziwią się, jak muszą nasze tory wyglądać, skoro tak tęsknimy do ich drah - w ich ocenie byle jakich.
Logo grupy wygląda tak, że połowie polityków-patriotów, łącznie z nieżyjącymi, mogłyby włosy dęba stanąć:



Informacje o grupie dotarły i do czeskich mediów, dla przykładu zpravy.idnes.cz, lidovky.cz

Praha

Gdyby chcieć określić stolicę Czech jakimś epitetem na wzór polskich haseł reklamowych, z pewnością byłoby to:

Praha - miasto turystów

Niewiele w życiu widziałam, nie wyjeżdżałam do metropolii współczesnego świata, ale Praga wystarczy mi za wszystkie. Niemożność przejścia przez to piękne, historyczne miasto co najmniej irytuje, a tłum na Moście Karola sprawiał, że marzyłam o wiosce w środku puszczy.

Przy wycieczce (nie pierwszej i nie ostatniej, choć postuluję zwiedzanie o 4 rano) pojawiały się spostrzeżenia. O oczywistościach, zabytkach i Franzu Kafce nie zamierzam tu pisać, na stronach turystycznych można znaleźć tyle informacji, ile każdemu potrzeba.

Natomiast przypomniało mi się, że wielu Polaków utożsamia Pragę z Czechami w ogóle. Dość ciekawy jest fakt, że ponad 10% Czechów mieszka w swojej stolicy, ale obszar Republiki nie kończy się na mieście nr 1. Gdy mieszkałam w Ostrawie bądź teraz, gdy znów się do niej wybieram, wielu ludzi (znajomych i nieznajomych) wypytywało mnie, jak tam w tej Pradze jest; czy Praga mi się podoba; czy chciałabym tam w Pradze zostać na dłużej. Tłumaczenia nie pomagały na długo, więc już macham ręką.

Zaś ta kategoria rozmów, które określa się zwykle piwną filozofią, dotyczyła trudnych historycznych tematów przy zachwycie nad miastem. Nietrudno się nad Wełtawą zamyślić nad tym, jaka by była Warszawa, gdyby Polacy nie walczyli tak zaciekle z okupantami. Co lepsze, co ważniejsze: opór i walka czy życie ludzi i istnienie miast? Zwolenników obu opcji jest wielu, a debata należy do nierozstrzygalnych (na szczęście, moim zdaniem), choć rozpala dyskutantów.

Mimo że Polaków za granicą (w granicach często też) nie lubię, miło było widzieć zbiorowy zachwyt i brak całkiem niedawnego lekceważenia "Pepików".

Notka zwięzła, bo zachwytu nie umiem zwerbalizować, i nie przeszkadza mu nawet to, że pustą starówkę mogę pooglądać jedynie na rysunkach miejscowych artystów.

Wspomnieć jedynie muszę o Davidzie Černým, którego rzeźby i instalacje ozdabiają stolicę. Poczytać można tu: Wkurzacz czeski, a pokazać chcę szczególnie jedno - instalację na wieży telewizyjnej, przy której mieszkałam przez tych kilka dni:

źródło

Wegetarianin w Czechach

Każdemu wegowi Czechy kojarzą się z rajem. Skąd, jak nie stąd, pochodzi najlepsze na świecie tofu? Najtańszy wędzony tempeh? Pasty i pasztety, które obok mięsa nawet - na szczęście - nie leżały?
Większość sklepów ze zdrową żywnością w Polsce sprowadza towar właśnie zza południowej granicy. Jedyny problem u nas stanowią koszta przewozu doliczone do cen produktów, co sprawia, że w porównaniu z typowym twarożkiem czy serkiem kupowanie tych specjałów się zwyczajnie nie opłaca. Inaczej w Czechach - koszt zakupów w zdravé vyživě nie odbiega od kosztów typowego mięsożercy w markecie.

Tofu pożyczone od sklepwegetarianski.pl (mam nadzieję, że się nie obrażą).



Te czeskie zdrowe żywności można napotkać i w małych miejscowościach, więc w odróżnieniu od Polski nie ma problemów ze znalezieniem i zakupem ulubionych smakołyków.

Trochę inaczej sprawa wygląda, gdy wegetarianin chce zjeść coś gotowego na mieście. O ile nie trafi na restaurację wegetariańską (jak mi wiadomo, w Ostravie są przynajmniej trzy takie), może próbować startować do typowych czeskich restauracji. A wtedy zaczyna się kombinowanie z menu, gdyż Czesi uwielbiają wieprzowinę, wołowinę, nawet dziczyznę, ale warzyw specjalnie chętnie nie jedzą. Standardem (na szczęście!) jest smažený sýr, czyli smażony ser, czasem hermelin, czyli niespotykany u nas rodzaj marynowanego sera pleśniowego. Trzeba jedynie uważać na wypełnienie - często nadziewa się go np. szynką. Do często spotykanych należą też bramboráky, czyli placki (zdarza się i jeden) ziemniaczane. Od naszych (albo przynajmniej znanych mi) odróżnia je wielkość i dodatek czosnku.
Mniej więcej w tym miejscu kończy się wybór dań na ciepło. Jeśli mamy sporo szczęścia, uda się skombinować z přiloh (dodatków) np. grilované šampiony (pieczarki z grilla), grilovanou zeleninu (warzywa) i ryż lub frytki.
Dobrym wyjściem na upalne dni albo gdy się po prostu nie czuje wielkiego głodu, są sałatki. Dwie standardowe to šopský salát i řecký salát. Ten pierwszy trochę przypomina sałatkę grecką, zawiera jednak paprykę zamiast oliwek i okraszony jest ostrym serem bałkańskim typu feta (który z dostępną u nas w sklepach fetą nie ma wiele wspólnego).

A k tomu - oczywiście - pivo.

Czy Czesi lubią naszą literaturę?

Artykuł dosłownie sprzed chwili. Krótka recenzja tegorocznego Světu knihy w Wyborczej.

- Można by wyróżnić kilka kategorii polskich pisarzy w Czechach, ale Wisława Szymborska jest poza wszystkimi - twierdzi Maciej Ruczaj z Polskiego Instytutu w Pradze. - W jej przypadku działa oczywiście magia literackiej nagrody Nobla. Po raz pierwszy zresztą laureat tego wyróżnienia był obecny na targach, a to już 16. edycja. Jest też jednak kategoria polskich autorów szalenie w Czechach popularnych, na spotkanie z którymi zawsze przyjdą tłumy - niezależnie od tego, czy wydali ostatnio książkę, czy nie. Mógłbym właściwie powiedzieć jedno nazwisko: Andrzej Sapkowski.

źródło

A2

Tytuł jest nazwą kulturalnego dwutygodnika, którego redakcja mieści się przy Americke 2 w Pradze. Gdy ostatnio próbowałam kupić go w Czeskim Cieszynie, żadna z dwóch pań kioskarek nie wiedziała nawet o jego istnieniu. Zaskoczona, postanowiłam kupić elektroniczną prenumeratę i nie być zależną od kiosków z rzadka gdzieś za granicą odwiedzanych. O ile udało mi się znaleźć informacje o prenumeracie i złożyć zamówienie, o tyle jego realizacja jeszcze mnie przerasta: dotąd nie zapłaciłam należnej kwoty, gdyż materia przelewów międzynarodowych jest mi zupełnie obca. Co najdziwniejsze, papierowy egzemplarz znalazłam na biurku u rodziców, gdy pojechałam do nich na weekend.

A2 to czasopismo, którego odpowiednika w Polsce trudno by szukać. Format typowej gazety, jak RP czy Wyborcza, skąpe ilustracje, a w środku felietony, wywiady, recenzje książek, filmów, festiwali. Przedruki prac plastycznych i wierszy. Każdym numerem rządzi jakiś temat - i tak w ostatnio otrzymanym dowiadujemy się, że "Polsko žije", mogąc poczytać o odkrywaniu Gombrowicza, o najnowszej polskiej prozie i targach książki, na których nasz kraj zajmuje w tym roku honorowe miejsce. Co dwa tygodnie czytelnik trzyma w rękach 40 wielkoformatowych stron. Uczta językowa, uczta kulturalna. Chętnie widziałabym coś takiego na rodzimym rynku.