Kuřáci

Czesi palą. Chyba bardziej niż Polacy, chociaż to trudno stwierdzić. W Polsce mocno dyskutowany zakaz palenia w miejscach publicznych jakoś się przyjął i tylko w ramach wyjątku ktoś czasem zapali w miejscu do tego nieprzeznaczonym. Dawno się nie spotkałam z paleniem pod wiatą przystankową czy w innej ograniczonej przestrzeni. Moi palący znajomi jeszcze przed zakazem odchodzili od tłumu o parę kroków, rozumiejąc, że nie każdemu ta woń może się podobać.
W Brnie tego nie ma. Jedna rzecz, że palić można wszędzie (aczkolwiek nie na przystankach i peronach), więc wyjście na piwo, grzane wino na jarmarku czy imprezę na pewno skończy się praniem całego zestawu ubrań i gorączkowym myciem włosów po powrocie do domu, ale inna, jak się pali w tłumie. Regularnie jestem owiewana na dużych węzłach przesiadkowych z kilku stron dymem papierosowym. Stoję między innymi, stoją między innymi i niczym nieporuszeni palacze. Palenie pod wiatą? Pewnie, standard. Na peronach? Jasne.
Muszę wyglądać strasznie śmiesznie, mówiąc na głos do siebie coś w stylu: "fu, ale śmierdzi", machając rękami i oddalając się od takiego delikwenta z tyčinkou na rakovinu.

Dziewczynko, roznieć ogieniek

Mam szczęście z dostępem do czeskich nowości wychodzących w Polsce.

Właśnie skończyłam czytać książkę Dziewczynko, roznieć ogienek w znakomitym tłumaczeniu Doroty Dobrew. Autorem jest technik ze szpitala w Odrach, Martin Smaus, a książkę napisał po godzinach pracy. Dowiedzieliśmy się o niej dzięki konkursowi literackiemu czeskiego Klubu książki, który zaprasza niepublikowanych dotąd autorów do podzielenia się tekstami ze swych szuflad. I tak, znalazłszy się między stoma innymi prawiepisarzami, Smaus podobno jednomyślnie wygrał konkurs.
Sama powieść koncentruje się na jednym cygańskim chłopcu, Andrejku. Kilka lat temu w konkursie bohemistycznym tekstem do przekładu był właśnie fragment tej książki.
Szkoda mi Andrejka. Nie miał biedak szczęścia, bo chcąc być lepszym od swoich pobratymców, nadal wobec prawa pozostawał przestępcą. Właściwie nie było mu dane - w powieści - dostosować się do jakiejkolwiek lokalnej społeczności. Wszystko robił po swojemu, najczęściej całkiem odwrotnie niż inni. Lepiej na tym nie wyszedł, ale czy gorzej? Kiedy tak spojrzeć na obraz Romów w Ostrawie czy Pilznie albo Słowaków na wschodzie Słowacji, trudno właściwie powiedzieć, że ktokolwiek tu wygrał. Sposobów na życie jest mnóstwo, ale optymistycznych losów u Smausa raczej czytelnik nie znajdzie. 
Lubię Andrejka. Chłopak naprawdę się stara, uparty jest porządnie. Wiecznie podróżuje, pielgrzymuje od słowackiej Polany do browarniczego Pilzna. Zaczyna go nosić - i jedzie. Po tym względem doskonale go rozumiem.
Język powieści wciąga, naśladuje rytmy muzyczne. Akcja rozwija się powoli, kołobieg życia zatacza kolejne kręgi, a my poruszamy się śladem bohatera po mapie Czechsłowacji. Jeśli to zdanie było pseudopoetyckie, to tylko efekt wrażenia po lekturze.
Z czystym sumieniem polecam.
Niektórzy Czesi w recenzjach proponowali wciągnięcie tej książki na listę szkolnych lektur. W świetle tej ogromnej niechęci do Romów, jaką tu widzę, myślę, że to świetny początek dialogu o tym, kim właściwie są ci ciemnoskórzy sąsiedzi. Tutejsi, brnieńscy Romowie między sobą mówią po czesku. To już różnica w stosunku do polskich grup, które mówią w romani.

Przy okazji, zupełnie poza książką. Dolnoślązacy mieli okazję zapoznać się z billboardami dotyczącymi społecznej akcji Jedni z wielu. W moim mieście wisiała twarz górnika i nauczycielki, którą zresztą kojarzę z widzenia. Czesi rozpoczęli świetną akcję, którą poznałam dzięki naklejkom na ścianach (niech żyje oddolna reklama). Czeska kampania korzysta z dwuznaczności niektórych sformułowań, np:
Zase Cikánka s tuctem děti. (Znów Cyganka z gromadką dzieci)
Cikán mi vybílil byt. (Cygan mi wybielił mieszkanie = wykradł)
Cikán mě dostal do špitálu. (Przez Cygana jestem w szpitalu)

I mniejszą czcionką wyjaśnienia: 
Po prostu najpopularniejsza nauczycielka w szkole.
Po prostu najlepszy malarz.
Po prostu najzręczniejszy kierowca karetki.
Więcej na mypracujeme.cz

Kącik melomana - jak poznać punka?

Na fali nowej książki Rudiša "Koniec punku w Helsinkach" przypomniała mi się czeska klasyka punkowa, czyli kapelka Visací zámek i piosenka Známka punku. Jak poznać punka? Na pewno nie po tym, co próbują zrobić - dziś powiedzielibyśmy - kinderpunki z teledysku. A samą książkę szczerze polecam!


Mieszkanie po czesku - współlokatorzy widmo

Założę się, że ten tytuł brzmi dziwnie tylko dla osób, które nigdy nie mieszkały w Czechach.
Serio - w Polsce JEST inaczej. Może dlatego, że większość studentów musi przejechać długą drogę, nim dostanie się do akademika czy swojego pokoju i szybko dają sobie spokój z nudnymi wieczorami u rodziców na rzecz ekscytującej przygody w Słoikowie Większym lub Mniejszym. Dla większości ze znanych mi ludzi studia oznaczały zmianę miejsca zamieszkania, zatem poszukiwanie szans na rozwój w nowym miejscu - pracy, kursów, szkół językowych etc. Może dlatego, że tu 100 km to duża odległość, a tych ponad 200 do Pragi wystarczy, by uważać Prażaków za inny naród z innym językiem.
Fakt jest taki: studenci znikają podczas weekendu z miasta, wracają dopiero niedzielnym popołudniem lub w poniedziałek rano. Osobiście znam studentów 5. roku, którzy pracują dorywczo w miejscu pochodzenia, mimo że równie zabawną pracę (typu: nalewanie piwa podczas meczów) mogą z powodzeniem znaleźć w 400-tysięcznej metropolii.
Po akademikach hula wiatr, zostają tylko cudzoziemcy - w tym część Słowaków, który organizują najlepsze imprezy weekendowe.
Podobnie jest u mnie, w zwykłym mieszkaniu - współlokator z lewej jeździ do domu najrzadziej raz na 10 dni. Ci z prawej są już dorośli i po studiach, więc za często nie wyjeżdżają (za to uprawiają sporo sportu - to też chyba typowe dla młodych Czechów).
Natomiast kontakt z nimi jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie mnie spotkały. Nie jestem niestety lwem salonowym, żebym się zaprzyjaźniała z przypadkowymi ludźmi, ale po raz pierwszy mieszkam z ludźmi, o których nie wiem nic: ile mają lat, co robią, skąd są, co lubią itd. Omijamy się maksymalnie, byle tylko nie trafić na ten sam moment w kuchni. Wszyscy milcząco akceptują porządek sprzątania, każdy ma swoje "zwyczajowe" pory pewnych czynności i po prostu nie wchodzimy sobie w drogę. Czworo dorosłych ludzi. :-) We Wrocławiu drzewiej więcej wiedziałam o tych współlokatorach, których nie cierpiałam.
Kazik mógłby napisać czeską wersję "můj dům, moje pevnost".

Funkcje w terenie

Nie wiedzieć czemu, pojęcie funkcjonalizmu w architekturze nie kojarzy mi się z niczym dobrym. Od razu widzę komunistyczne domkoklocki i paskudne biurowce-halowce. W Polsce gdzieniegdzie się nie udało, nie mam informacji o tym, czy gdzieś się udało, ale Morawy przeżyły swój funkcjonalistyczny wyskok.
Villa Tugendhat to jeden z zabytków znanych poza granicami Brna dzięki wpisaniu na listę Unesco. Czołowy modernistyczny projekt można znaleźć w Wikipedii, za to funkcjonalistyczna ścieżka może objąć jeszcze przynajmniej dwa obiekty.
Zachęcona przez lektorkę wybrałam się jesienią na cmentarz. Znalazłam Janáčka, to znaczy płytę kamienną leżącą na kompozytorze, i krematorium. Nie jest niestety tak zachwycające, jak krematorium w Pardubicach (to właśnie ono było tłem wydarzeń z filmu Palacz zwłok), ale nie wygląda źle.
Perełka brnieńskiego funkcjonalizmu w pełnej krasie:



Nie trzeba jednak uciekać się do spraw ostatecznych, by funkcjonalizm pomógł w funkcjonowaniu (o ile po śmierci można używać takich pojęć).
Legendarna, jak się okazuje, tutejsza kawiarnia to zrealizowany i działający projekt architektoniczny w spokojnej dzielnicy Černá pole. Kawę mają świetną, herbaty imbirowej nie polecam.

 
(źródła: Wikipedia, bam.brno.cz)

Kącik melomana - kawa i papieros

Kiedy myślę o Radůzie, od razu przychodzi mi na myśl zadymiony bar. Nie pytajcie czemu, może to ten akordeon albo zachrypnięty głos. Co ciekawe, piosenkarka czasem wtrąca do tekstów zdania w obcych językach - tak też jest w papierosach, do których niżej linkuję. W przeciwieństwie do moich ulubionych kapel uprawiających ogólny rozgardiasz, na Radůzie można się pouczyć języka czy ponucić do sobotniego sprzątania (które wszyscy tak kochamy). Przy tych zimnych nóżkach z pierwszego kawałka zawsze mam ochotę zaparzyć sobie szatana. Gdyby tak artystka napisała cykl o kawie, postawiłabym go obok trylogii Larssona i opatrzyła etykietką: "zestaw trzyminutowego zawałowca".



Papierosy

Lekarnofobie

Jak każdy cudzoziemiec wybieram raczej supermarkety, bo mimo że mówię po czesku nieźle, jakiś irracjonalny strach przez wyspecjalizowanymi miejscami pozostał. Na mojej liście top 10 pierwsze miejsce zajmują zdecydowanie apteki. Kilka lat temu w Ostrawie musiałam na już zakupić no-spę, jakkolwiek się tam po czesku nazywa. Zapomnijcie. Wprawdzie jest, ale tylko na receptę. Poszukiwanie jakiegoś leku na ten specyficzny ból skończyło się zakupem ibuprofenu. Niech będzie. :-)
Moja apteczka zawiera więc polską no-spę i jakiś stary listek rzeczonego ibuprofenu. Czasem to jednak nie wystarczy, zdarza się, że z nosa cieknie, gardło odmówiło współpracy i ogólnie tylko posiekać się i położyć do łóżka. W takich przypadkach polskie media znają odpowiedź: forte, maxi i wielokrotnie skumulowane dawki najlepszych połączeń na bóle stawów, mięśni, głowy, gardła, ucha, nosa i czego jeszcze mamy na wyciągnięcie ręki. W każdym supermarkecie da radę uzupełnić przy kasie apteczkę o jakieś małe opakowanie gripeksu. Gdy w podobnym celu wybrałam się przedwczoraj do Alberta, nie znalazłam ani pół pastylki do ssania. Wygląda na to, że w ogóle nie ma leków dopuszczonych do pozaaptecznego obrotu poza jakimiś dwupastylkowymi paracetamolami (do kupienia w kiosku). Więc apteka. Dukam do tej sterylnej pani: neco proti bolesti v krku. Pyta, co za ból - no kurczę, jak mam jej powiedzieć, że po prostu boli. Czy drapie, skrzeczy, boli miejscowo, migdałek, całość: tu najbardziej wychodzi niekompetencja językowa. 30 rodzajów ziołowych pastylek, a każda na inne schorzenie. Gdyby ktoś bardzo nie chciał przez to przechodzić, powiedzcie w aptece:
"Prosím Mullerovy pastilky se šalvěji a vítaminem C". Powinno wystarczyć. Na pytanie, czy mogę poprosić coś na gorączkę, przeziębienie i te wszystkie bóle mu towarzyszące, dostałam najzwyklejszy panadol.
I może to lepiej, że bez tej reklamowej ściemy. Za ten sam paracetamol w kolorowym opakowaniu zapłaciłabym w PL więcej niż 3 zł za 12 tabletek.

Śmiejące się bestie?

Przekazane przez M. wrażenia po jednej z erasmusowskich wycieczek z Brna do Krakowa:

"Hej, ta Polska to wygląda tak jak Czechy, tylko ludzie się częściej uśmiechają".

Kącik melomana - jesienna depresja

Czemu z czeskiej muzyki znamy tylko Nohavicę i Vondráčkovą? Złośliwa odpowiedź brzmi: bo trudno znaleźć ciekawego, co nie jest Karlem Gottem. Idol nastolatek, Tomáš Klus, pochodzący gdzieś z okolic Cieszyna, to po prostu chłopaczek z popową gitarką, co sprawia, że mnie - fance konkretnych brzmień - w ogóle nie rusza. Ale przecież nie jest tak, że całkiem nic nie ma.

Na jesień mała depresyjka: Mňaga a žďorp, którzy według wikipedii zajmują się rockiem alternatywnym, czyli kapela działająca przede wszystkim w latach 80. i 90. Ciekawostka: Mňaga a žďorp byli bohaterami fabularyzowanej mistyfikacji Petra Zelenki, podobnie jak zrobił to w dość znanym w Polsce Roku Diabła z Nohavicą i Čechomorem.
Hodinový hotel, czyli hotel na godziny.

Mieszkanie po czesku - level hard

Kiedyś przychodzi ten dzień, kiedy opuszcza się progi złodziejskiego akademika (w Brnie za pokój dwuosobowy życzono sobie 3600 koron + 50 koron za komputer w pokoju + 130 koron za internet + 30 koron za każde pranie - łącznie wychodziło ok. 4000 koron za wątpliwej przyjemności przygodę ze współlokatorką i jedną kuchnią na piętrze). Dla porównania w Ostrawie koszt wynajmu dwuosobowego pokoju wynosił 1600 koron.
Znalazłam tani pokoik na końcu świata. Pierwsze zaskoczenie: właścicielka pojawia się, by podpisać umowę, wręczam kaucję, umowę spisujemy, czytamy, dyskutujemy poszczególne punkty i okazuje się, że będzie odprowadzać za mnie podatek. Jupi, pierwszy raz w ciągu 7 lat tułaczki po różnych miejscach. 
Drugie zaskoczenie: do mojego wysokiego bloku prowadzi troje drzwi. Jedne od piwnicy, dwoje od frontu. Sęk w tym, że domofon otwiera tylko jedne z tej trójki - i to właśnie te, którymi dostać do środka się nie da. Gość musi poczekać w przedsionku ze skrzynkami na listy aż ktoś zejdzie i otworzy mu drzwi na dole. Poczta, pizza, zakupy na telefon, cokolwiek i ktokolwiek - ma-sa-kra. Mieszkam na 11. piętrze, winda dojeżdża do 10., więc wycieczka za gościem trwa niezłą chwilę.

A, właśnie - skrzynki na listy. Kiedy zakładałam konto w banku, kurier przybiegł do mnie na górę (po wielu perypetiach). Na szczęście był tak miły, że wspomniał, że jeśli nie nakleję swojego nazwiska na skrzynkę pocztową, to karta do mojego konta nie przyjdzie, bo listonosz nie wrzuci koperty tylko na podstawie numeru mieszkania. 
Z nazwiskami wiąże się kolejna sprawa: domofony. Przyciski nie występują w kolejności mieszkań, tylko losowo. Żeby wiedzieć, dokąd zadzwonić, trzeba znać nazwisko na domofonie - u nas jest to właściciel, ale widziałam już nazwiska wszystkich lokatorów łamane kreską. Kiedy skarżyłam się na to znajomemu, twierdząc, że u nas jest prościej: numer wystarczy, żeby się zorientować do kogo i gdzie, stwierdził, że czeski system jest dużo lepszy, bo nie pozwala złodziejowi się zorientować, które mieszkanie zajmuje jego obiekt.
Nie przekonał mnie. Samo to, że nazwisko daje sporo informacji o osobie. Nasze skrzynki pocztowe wyglądają jak odbicie sytuacji społecznej dzielnicy: nazwiska rodzinne (Novakovi), nazwiska singli (Novak), nazwiska czworga współlokatorów - jak u mnie. Zupełnie niechcący dowiedziałam się, że ten inżynier z 10. piętra (bo nawet tytuł miał na wizytówce!) rozstał się ze swoją dziewczyną, gdy piękną graficzną wizytówkę zastąpił pasek taśmy klejącej z ręcznie napisanym pojedynczym już nazwiskiem. A ja po prostu mijam czasem jego drzwi...

Ostatnia ciekawostka - nigdy w Polsce nie widziałam w akcji materiału zwanego umakartem. Jest to tworzywo sztuczne w kolorze ciemnego drzewa, z którego masowo robiono w Czechach łazienki i toalety. Efekt piorunujący, wrażenie wchodzenia do szafy na siku gratis. Poglądowe fotki wrzucam z internetu - nasza na szczęście wygląda czyściej :-)


źródła: blesk.cz, svet-bydleni.cz

Donšajni - bajeczka na dobranoc

Po czeskiej stronie tak samo, jak u nas. Państwowe fundusze dostają bądź znajomi rozdających, bądź znane nazwiska. Podejrzewam, że właśnie tak zadziałało przyznanie wsparcia na nowy film Jirego Menzla, jako że niełatwo jest autorytetowi rzec, że król jest nagi, a scenariusz co najmniej słaby. Nie znam twórczości tego pana poza dwoma ekranizacjami Hrabala. Czeskie recenzje stwierdzają, że to właśnie brak podpory w pisarzu, który poradziłby sobie z fabułą, stanowi poważny problem Donšajnów. Bo że Menzel dobrym scenarzystą nie jest, dowiadujemy się bardzo szybko. 
Inny czeski zarzut w stronę filmu powtarza problem starzenia się reżyserów, którzy w pewnym momencie swoją zawoalowaną autobiografią chcą się rozliczyć ze światem, co może interesuje pięciu ich znajomych i byłe kochanki, ale niekoniecznie wystarczy do zadowolenia widza. 

Tytułowi donšajni to czeska wersja naszych polskich donżuanów, panów pojawiających się i znikających z pierwszym powiewem nudy w długich, kilkutygodniowych relacjach. Fabułę obrazu można by streścić do dwóch opowieści: o reżyserze operowym, który twierdzi, że nie przepada za operą, ale kocha sopranistki (więc wszystkie panie z filmu trafiają do jego łóżka i pod jego prysznic), oraz o amatorskiej nauczycielce śpiewu, która kiedyś dawno z jednym donšajnem zaszła w ciążę, a dziś zajmuje się amatorskim sprawianiem cudów w lokalnej społeczności. Historyjki podane są lekko, z uśmiechem i całkowitym pominięciem realiów; cztery pokolenia samotnych matek doskonale sobie radzą z rzeczywistością, donšajn po latach wraca do Czech i postanawia ożenić się z dawną miłością... Można by tak dalej. Niestety, to za mało na obraz pełnometrażowy. Kwestie są często drewniane, a uparte dopowiadanie żartów przez bohaterów przywodzi widza do stanu: tak słabe, że aż śmieszne. Jeszcze element najważniejszy - przecież tak długi film wymaga wypełnienia - a tym są próby do wystawienia opery Don Giovanni, szczególnie ważnej dla Czechów (jako że swoją premierę miała w Pradze, gdy Mozart stwierdził, że tylko Czesi świetnie rozumieją jego muzykę). Przepychanki między śpiewakami, świetna muzyka i śpiew pomogły mi - chętnie chodzącej do opery - przetrwać inaczej dość męczący seans. Takiej dawki naiwności nie powstydziłby się żaden ze słabych filmów dla dzieci.

I tylko na zupełne zakończenie: jeśli Donšajni wejdą do polskich kin, mają większe szanse na sukces niż w Czechach, tak jak to się stało z ostatnim filmem Hrebejka - Święta czwórca. Co dla nas jest egzotyczne (opera w małym miasteczku czy bezpretensjonalne sceny z życia seksualnego reżysera), to w Czechach, w zalewie ostatnio nie najlepszych filmów, zupełnie nie ma szans się przebić. Jest to jednak pewna różnica poziomów, gdy w Polsce słabe kino polega na filmowaniu wyjazdów integracyjnych z dużą ilością alkoholu i rzygania, a w Czechach toczy się wokół opery. 
A na tego Don Giovanniego w końcu muszę się kiedyś wybrać. 

Wiosna w Brnie

Od dawna ciągnęło mnie w stronę morawskiej metropolii i zaczynam czuć potrzebę posegregowania doświadczeń z życia tutaj w jakieś tematyczne całości. Niewiele mnie już dziwi na co dzień, nadal jednak trafiam na elementy, które wywołują szeroki uśmiech na twarzy. Poznawanie kultury weszło w tryb nawykowy i dość systematyczny, co jest pewną nowością w stosunku do polskiej fazy nieustających odkryć. Posesyjne dni powinny temu zadaniu sprzyjać. 

Brno jest kolejnym z moich czeskich przystanków, mieszkam tu od września zeszłego roku, odwiedzam uczelnię i różnych pracodawców, i próbuję umościć sobie coś na kształt wygodnego lądowiska. W perspektywie kolejny rok, zatem i wydarzeń się trochę nazbierało. 

Jen do toho!